Blog > Komentarze do wpisu

To przez chłopców z ONR-u

jest ta notka. To znaczy nie tylko przez nich. Bo może przez dziewczyny z ONR-u też. No i przez parę innych rzeczy. Fakt jest taki, że miałem nie pisać o tym, ze nie idę blokować Marszu Niepodległości. Bo w sumie co to kogo obchodzi, gdzie idę, a gdzie nie, co blokuję, a co przepuszczam.

Ale najpierw podczas dyskusji w knajpie zebrałem ostry wpierdol za swoją kapitulancką i cyniczną postawę. Później - właściwie to konkretnie dziś - podczas oglądania meczu Legia - Widzew (tak, wśród moich licznych wad znajduje się również kibicowanie polskiemu piłkarstwu ze szczególnym uwzględnieniem Widzewa) zobaczyłem na "Żylecie" (to taka trybuna, gdzie zasiadają ludzie wieszający na płotach różne durne hasła typu "Dżihad Legia") transparent WSZYSCY IDZIEMY NA MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI. A jakiś kwadrans temu, podczas leniwego przeglądania statystyk bloga, zobaczyłem kilkanaście wejść z zamkniętego forum ONR-u. Dalibóg nie wiem, czego państwo tutaj szukają, ale dobra, skoro już się tak wszystko nawarstwiło, to kurwa niech będzie, napiszę, dlaczego nie idę blokować pieprzonego Marszu Niepodległości.

Zupełnie nie wiem od czego zacząć, więc może zrobię to od dupy strony, to jest szansa, że chociaż przez chwilę będzie przyjemnie.

Historia pierwsza. Nie, żebym był jakoś przesadnie stary. Ale dość dobrze pamiętam czasy z pierwszej połowy lat 90. W przestrzeni tak zwanego muzycznego andergrandu charakteryzowały się one tym, że co któryś punkowy koncert był odwiedzany przez delegację krótko obciętych chłopców w żargonie socjologów zajmujących się badaniem młodzieży zwanych skinami. Czego chcieli? No, "chcieli krwi, chcieli zadymy, chętnie bili dziewczyny", by zacytować dawno nieżyjącego krakowskiego piosenkarza. Więc skiny lały panków, panki starały się lać skinów, a wszystko kończyło się jakąś malowniczą gonitwą. Ok, przyznaję, było to w pewien sposób zabawne. Ale zawsze jednak wydawało mi się również dość głupawe i rytualne. Poza tym ja jestem dość cherlawy, a w glanach chujowo się biega.

Historia druga. Przenieśmy się na początek XXI wieku. Jechałem sobie stopem z kimśtam gdzieśtam, nieważne z kim, nieważne gdzie, ważne, że przez Niemcy. Jest lato. Stoimy, machamy, machamy, stoimy. Zatrzymuje się Opel. Otwiera się okno. Wychyla się koleś i pyta: -  Hippisi?

- Nie, skąd, jak kurwa hippisi, mamy 2002 rok - odpowiadamy zgodnie z prawdą.

- A to wsiadajcie - mówi człowiek. No to wsiadamy.

Człowiek jechał z kolegą. Bez zbędnej zwłoki oznajmili nam, że są niemieckimi narodowcami i jadą na zjazd NPD. Super - myślimy. - Szkoda, że nie pedofile, bo byśmy się może z nimi zabrali do samej, proszę ja was, Tajlandii.

Dobra, będę się skracał. No więc gadka szmatka, skąd jesteście, ano z Polski, a to świetnie, bo my tu mamy taką mapę i wiecie, to jest Szczecin, oddawajcie nam Szczecin skurwysyny. Jasne, jasne, my wam oddamy Szczecin, a kto nam odda Lwów, nie ma tak dobrze. Hahaha, hihihi, pełen ubaw, naziole uprzejmi, że hej, tak uprzejmi, że jak przegapili zjazd z autostrady, na którym nam zależało, to nadłożyli parędziesiąt kilometrów i zrobili kółko, by nas przy nim wysadzić. Owszem, kiedy się żegnaliśmy, wyglądali na dość zmieszanych swoją gościnnością.

Historia trzecia. To było rok temu. Na smutną stację kolejową w Sochaczewie wpadli chłopcy z Antify, by ponapierdalać chłopców z ONR-u. Kolesie z dolnego pokładu nowoczesnego transatlantyka MS Kapitalizm szybko, sprawnie i z polotem doprowadzili się ramię w ramię na szpitalną izbę przyjęć.

I właśnie dlatego nie będę blokował Marszu Niepodległości. Ale jak przyjdzie co do czego, to jestem oczywiście za tym, żeby mecz wygrała Antifa.



środa, 26 października 2011, czerwoneiczarne

Polecane wpisy

  • Święty snajper z wydawnictwa Znak

     Witam państwa, jestem z wydawnictwa Znak. Mieści się w Krakowie. Z dumą donoszę, że dobrze sobie radzi na rynku, zaspokaja potrzeby duchowe czytelników

  • Europejska biała brukiew

     Biały, a nie czarny. On wie, kiedy używać telefonu, a Afrykańczyk nie. On jest taaaaki mądry, a czarnuchy taaaakie gupie są. Dobrze, że jest. Robotnik,

  • Domosławski!

    Dawno już nic mnie tak w domenie publicznej nie uradowało beztrosko jak nagroda dziennikarza roku dla Artura Domosławskiego. Z jednej strony było to zwycięstwo

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner