niedziela, 28 lutego 2010

Otóż okazuje sie, że, po pierwsze, ludzi zgrzewa Ryszard Kapusciński. Bo taka historia. Wchodzę do dużej sieciowej księgarni w dużym mieście i widze wyraźnie, że na półce z nowościami leży kilka egzemplarzy "Kapuściński. Non-fiction" Artura Domosławskiego. Zdążyłem tylko mniej więcej okręcić się trzy razy na pięcie, podrapać w kaptur oraz zamyślić krótko nad istotą wszechrzeczy i spojrzałem ponownie na sklepowy regał. Książki zniknęły.

I to jest ogromna zasługa Domosławskiego: odkurzył Kapuścińskiego, ożywił, zdjął ze specyficznie polskiej półki z pozycjami dla pensjonarek, cymbałów i dewotów, oczyścił z pyłu "klasyki", wyprał z tanich pochlebstw i hippisowskich zachwytów nad "wielkim podróznikiem". Jest duża szansa, że to, co Kapuściński miał do powiedzenia o świecie wreszcie stanie sie nad Wisłą choc trochę istotne. Bo dotychczas wszyscy mieli to raczej w dupie. Dwie rozmowy, które podsłuchałem w tej samej ksiegarni o "Szachinszachu" i "Wojnie futbolowej" czynią mnie w tej sprawie umiarkowanym optymistą.

Niestety, oczywiście okazało się również, że ludzi zgrzewa robienie z siebie kompletnych idiotów. Choć może źle napisałem. Nie niestety, raczej na szczęscie. Bo chyba żadna sprawa dotychczas tak jaskrawie nie obnażyła poziomu publicznej debaty w Polsce. Poziomu dna. U nas się nie dyskutuje nad tym, co wolno reporterowi, nie rozmawia się przy okazji biografii Kapuścińskiego o PRL, czy naszym neokolonialnym (i dziwnym, jak na ludzi częściej podbijanych, niż podbijających) podejściu do krajów Trzeciego Świata. Nie, u nas się gorączkowo rozmawia o tym, czy Artur Domosławski jest hieną, czy tez nie.

Oto Władysław "warto być przyzwoitym ponad podziałami" Bartoszewski rzekł, że:

Są uprawnione wydawnictwa, które wydają przewodniki po domach publicznych, z kwalifikacjami i ilością gwiazdek, ale nie sądzę, żebym chciał wydać w takim miejscu swoją książkę historyczną, albo żeby to wydawnictwo równocześnie wydawało żywoty świętych.

Cóż, wielka to będzie dla nas wszystkich strata, jeśli Bartoszewski gdzieś nie wyda ksiązki historycznej. Zapłaczemy się wszyscy po prostu, do ostatniej kropli słonej wody w rozpaczy morzu obszernym.

Albo czyż nie wstrząsają nami spazmy jaskrawego zrozumienia, gdy Stefan Bratkowski obwieszcza nam:

Słyszę, że demaskator nie chciał demaskować… Ale sam tytuł książki – „Kapuściński non-fiction” – odsłania zamiar. Zamiar dużego formatu. Robić twórcę własnego mitu z człowieka bezpośredniego, bezpretensjonalnego, prostego w sposobie bycia – to swoisty wyczyn, dowód wielkich ambicji, na miarę Kapuścińskiego, żeby się na nim podwieźć do sukcesu.

Książki Bratkowski oczywiście nie czytał. To jest w ogóle specyfika wielu polskich intelektualistów. Otóż uważają oni, że sie już w życiu dość naczytali. Tropem lansu i chorych ambicji jedzie też "kolega" Domosławskiego, Marek Beylin:

Szukam słów, by nie urazić Artura Domosławskiego, mojego redakcyjnego kolegi, i zarazem wyrazić oburzenie. Bo Domosławski naruszył godność żyjących w imię sensacji.

Szukał słów i znalazł, nie? Mógł przeciez napisać, że podłość, ohyda, że się ręki nie powinno podawać i inne tam sruty druty z arsenału chwytów retorycznych publicystycznych nieudaczników, a napisał tylko właściwie, że autor nasrał na grób i spoliczkował wdowę w imię sensacji. Bardzo to delikatne. Pamiętam tekst Marka Beylina na jednej z debat po pewnej bohaterskiej inwazji utożsamiający sytuację mediów w okupowanym Iraku z tymi w Polsce po 1989 roku, pamietam jego tekst, że Naomi Klein "jest jak Kaczyński", wiec za dużo sie po Beylinie nie spodziewałem. Ale żenada tego artykułu przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania.

To jest w ogóle całkiem zabawne, że Domosławskiego flekują ludzie, którzy nigdy nie potrafiliby napisać choć w połowie tak ciekawych książek jak on (pamietacie jakiś fajny tekst Beylina, jakąś ciekawą myśł Bartoszewskiego, albo cokolwiek odkrywczego i ważnego spłodzonego przez Bratkowskiego po 1989 roku?). Cóż, parafrazując wymienionych wyżej tuzów, można by napisać, że oto leniwe beztalencia próbują sie przewieźć na talencie, pracowitości i szerokości horyzontów tego, którego próbuja wbić w ziemię. Dla taniej sensacji i rozgłosu, oczywiscie. Mozna by tak napisac. Ale nie będziemy się zniżać do tego poziomu.

Przeczytałem do tej pory mniej więcej 1/3 książki Artura Domosławskiego. Rzecz jest monumentalna, fantastyczna, ciekawa i uczciwa. Jest napisana z ogromną empatią. Kapuściński dzieki niej przestanie na dobre być postacia mdłą, jakimś pierdolonym Janem Pawłem II polskiego reportażu, jakimś do wyrzygania słodkim Paulo Coelho od złotych myśli na temat świata. Mozna go znowu traktowac poważnie. Jak dla mnie, cudowna sprawa.

Mam też nadzieję, że mimo chwilowych erupcji pensjonarskich paroksyzmów wielce i wiecznie oburzonych chłopców i dziewczynek ("ach, mój boże, ach, dlaczego Domosławski nie opowiedział o Kapuścińskim tak, jak Kolęda-Zalewska o Szymborskiej") debata wokół książki będzie sie toczyc także na temat szkoły polskiego reportażu. Bo to jest bardzo, ale to bardzo ciekawy temat.

PS Czekałem na jego głos. I przemówił. Mój mistrz. Polski Jon Stewart:

Pisanie publikacji ukazujących prywatne życie, czy domniemane romanse Ryszarda Kapuścińskiego są działalnością na poziomie magla. Plotkarki są bardzo zainteresowane takimi informacjami. W środowiskach kultury pasjonują one mniej, bo przyjmuje się zasadę, że pewne kwestie pozostają w płaszczyźnie duchowości, spowiednika, dialogu z Bogiem.

Swoją drogą, to ciekawe, jakich Życiński zna "ludzi ze środowisk kultury" oprócz Zanussiego? Maje Komorowską i Piesiewicza?

niedziela, 17 stycznia 2010

Po obejrzeniu różnorakich występów Jacka Pałasińskiego, nie sądziłem, że jeszcze coś jest w stanie mnie zaskoczyć w TVN 24. Ups, pomyłka.

Oto ekspertem do spraw Haiti został tam wczoraj Jerzy Dziewulski. No serio. I jak przystało na eksperta wypowiedział się niezwykle kompetentnie. Dlaczego kompetentnie? Bo mówił o pistolecie i braniu za twarz, a przecież na czym jak na czym, ale na pistoletach i braniu za twarz to on sie zna jak mało kto.

No więc stwierdził miły pan Jerzy, że Stany Zjednoczone powinny właśnie złapac Haiti za twarz i że bez pistoletu i rozlewu krwi się nie obędzie, jeśli na Haiti ma zapanowac porządek. No. Pif paf. Jesteś martwy. Problem zostal rozwiązany. Czyż proste recepty nie sa piękne?

sobota, 02 stycznia 2010

miecznicka

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wszyscy byliśmy młodzi, Magdalena Miecznicka napisała w "Gazecie Wyborczej" tekst, po lekturze którego szlag mnie trafił, wystąpiła mi tu i tam piana, a z gardła dobył sie gulgot. Takie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie polemika naszej bohaterki z jednym dość głośnym swego czasu (tego czasu, kiedy wszyscy bylismy młodzi rzecz jasna) artykułem Michała Olszewskiego.

Olszewski twierdził w nim, że jest tu u nas w kraju raczej chujowo, a Miecznicka mu na to odpisała, że idiotycznie jest się czepiać tego, że jest chujowo, skoro w sumie jeszcze zbyt krótko jest chujowo, byśmy wiedzieli jak chujowo dopiero może być. I żeby się póki co nad sobą nie użalać, tylko chwalić uroki polskiego kapitalizmu. Tak mnie wówczas Magda M. wpieniła, że napisałem swój pierwszy w życiu tekst do prasy (za inspirację jestem pani Miecznickiej niezmiernie wdzięczny). Tekst był duszoszczypatielny w cholerę oraz - tak, tak, zgadliście - chujowy (natomiast wbrew pozorom to wulgarne słowo nie sponsoruje nam dziś notki), ale na szczęście zupełnie dziś nie do wyguglania. Ha!

Sentyment do koleżanki M. mi jednak pozostał, a po czasie stwierdziłem, że jest naprawdę dobrą dziennikarką: oryginalną, ostrą, nie pieprzącą się z przeróżnymi polskimi ludowymi mądrościami, stereotypami i stadnym myśleniem. Trzeba też powiedzieć, że pani Magdalena wciąż od czasu do czasu potrafiła odlecieć w kosmos i zirytować, ale, że już byliśmy starsi, to się aż tak tym nie denerwowaliśmy.

A jakiś czas temu Miecznicka napisała książkę. I jest to bardzo dobra książka. I własnie o tym jest ta notka. Nie ma w "Cudownej karierze Magdy M." żadnych porażających odkryć, wykrzykiwania na siłę "eureka!", popisywania się erudycją. Jest za to solidna, wciągająca powieść współczesna, są ciekawi bohaterowie, jest kawałek portretu pokoleniowego, trochę sentymentalizmu, szczypta krytyki społecznej (serio!) i kawał dojrzałej, swiadomej prozy dojrzałej świadomej kobiety.

Spore wrażenie zrobiła na mnie ta książka. Jak się ją porówna do twórczości Kapeli, Żulczyka albo Drotkiewicz, to wydaje się wybitna. Jak się zastasuje mniej karkołomne kryteria, to i tak wychodzi, ze jest to pozycja bardzo solidna. To jak jeszcze nie mieliście okazji, to polecam serdecznie.

PS Własnie znalazłem sobie recenzję Dariusza Nowackiego. Jejku, Nowacki nic z tej książki nie zrozumiał, Nowacki jej właściwie nawet nie przeczytał, bo trudno nazwać czytaniem  próbę natychmiastowego rozstrzelania powieści. Bez sądu i tak jakby lekko zza winkla. Tyle, że naboje Nowackiego są ślepe, och jak bardzo ślepe. Ta recenzja jest tak absurdalna, że właściwie nawet trudno sie przyczepić o coś konkretnego. Oj, zdaje się, że nie lubią krytycy jak ich nielubiane koleżanki krytyczki piszą bardzo dobre książki. Cóż, zawiść, ludzka rzecz. Bądźmy wyrozumiali.

czwartek, 31 grudnia 2009

huhuhu

O mój boże, to jest takie śmieszne. Nie mówiąc o tym, że o Nałęczu mam zdanie jak najgorsze po wywiadzie, w którym żenująco dystansował się od Ryszarda Bugaja - właściwie nawet nie chce mi się go googlać. Myślę, że kolega Tomasz ma dokładnie taki plakat, na jaki zasługuje.

03:26, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 grudnia 2009

...lutować kolegów Kalego źle.

Bo dziś w Poranku Tok FM publicyści oburzali się na to, jak strasznie "Super Express" potraktował senatora Piesiewicza. Generalnie uważam, że "Superak" przekroczył granicę, publikując ten cały efektowny teledysk z jego udziałem, poza tym na pewno nie zamierzam się faryzejsko oburzać, że ktoś tam brał koks, albo chodził w sukienkach - zwłaszcza chodzenie w sukienkach uważam za znakomity pomysł. Ale to, co zaprezentował w audycji Jacek Żakowski to naprawdę dość żenująca hipokryzja.

Bo doskonale pamiętam, gdy jakiś czas temu redaktor Żakowski ubawiony po pachy w tym samym radiowym poranku zachwycał się tą okładką "Super Expressu". Uszczypliwości na temat powiekszania piersi przez Kotecką (co oczywiście nie miało miejsca) końca nie było. Bardzo to mdlące.

02:28, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 grudnia 2009

No, drogie dzieci, pamiętacie jeszcze ten odlot? Tę euforię? To poczucie, że właśnie, hejża ha!, na waszych oczach rzeczywistość zmienia się w cudowność, w liberalność, w konieczność, dziejowość, wyjątkowość. Pamiętacie radość, pewność że do zbawienia prowadzi tylko jedna droga i my nią właśnie kroczymy na chwałę pana? I jak zabawnie było nazwać tę drogę reformą?

Tak to już 20 lat mija odkąd profesor Pill nakłonił nas z dobrotliwym uśmiechem (czy tam zmusił, jezu, co za różnica) do połknięcia cukiereczka z fabryki wujka Miltona. Przypominacie sobie tę niesamowitą lekkość z jaką ignorowaliśmy wszystkie upierdliwe burknięcia trzeźwych nudziarzy ględzących coś o tych bałwanach, którzy przedawkowali? Ach, złote czasy, wspaniała beztroska! Tęskno.

Tym bardziej, że profesor Pill nie powiedział nam wówczas o jednym: zejście po euforii wywołanej cuksem Miltona jest naprawdę cholernie bolesne. Te poty, te drżące ręce, ta pieprzona pustka w głowie. Słabo. I może właśnie z powodu ogólnego osłabienia i depresji przyjąłem powtórne przyjście profesora z nową torebeczką specyfiku sceptycznie. Ja już chyba nie chcę panie profesorze.

Bo mówi pan:

Gdy porównamy dwa kraje, kiedyś na podobnym poziomie rozwoju, z których jeden miał socjalizm, a drugi średnio sprawny kapitalizm - zawsze przegrywał ten pierwszy. Polska i Hiszpania w 1950 r. miały podobny dochód na głowę. 40 lat później nasz spadł do 42 proc. hiszpańskiego. Zły ustrój niszczy możliwości lepszego życia.

I wydaje mi się, że profesor Pill chwali generała Franco. A to nie jest towarzystwo, w którym chciałbym przyjmowac doustnie cokolwiek. Tym bardziej jak słyszę, że:

Udało się zrobić przełomową reformę przy stosunkowo niewielkich protestach. Ludzie wykazali się wielkim rozsądkiem. Można więc mówić o sukcesie.

I przypomina mi sie jak przez mgłę, że od czasu do czasu na przykład ludzie stryjka Cupiała z pomocą policji rozładowywali "niewielkie protesty" za pomocą gumowej pałki. Choć miło wiedzieć, że miewa pan lęki perfekcyjny profesorze Pill. Jest więc pan w jakiś sposób jednym z nas:

Tak, bałem się. Nie tego, że część ludzi będzie niezadowolona. Bardziej tego, że dawka lekarstw będzie za mała.

Ależ skąd profesorze! Nie była za mała, gdzieżby. Te tłumy, które po ich przyjęciu gwałtownie traciły równowagę są przecież na to najlepszym dowodem. Chociaż mówi pan:

Ludzie szybciej zmieniają swoje postawy, jeśli zderzą się ze zmianami, które uznają za nieodwracalne - "podoba mi się czy nie - muszę się dostosować"

Więc pewnie i tak ma pan ich w dupie. Choć pewnie pochlebia panu, że istnieja wciąż ludzie, którzy ciągle chcą więcej i więcej cukiereczków wujka Miltona, ludzie, którzy mówią:

Dziś również czekamy na polityka, który zmieni nasz świat

Bo kiedy oni tak mówią, pan, profesorze, może zareklamować skład ulepszonego specyfiku prosto z Chicago:

W Polsce panuje "paktomania", mit, że wszystko wymaga zbiorowych porozumień. Jeśli pakt da się zawrzeć szybko i na warunkach dobrych dla rozwoju kraju, to nie mam nic przeciwko. Ale z niektórymi ludźmi czy grupami interesów nie da się porozumieć. Trzeba mobilizować inne grupy - by zwiększyć poparcie dla zmian. Los reform nie może zależeć od liberum veto.

Generałowi Franco bardzo dobrze wychodziła ta mobilizacja, prawda panie Pill? I wzruszył mnie pan profesorze wyrozumiałością dla tych, co chamsko i niekompetentnie próbowali na własną rękę ulepszać recepturę wujaszka Miltona:

Oczywiście, ani Jacek Kuroń, minister pracy, ani jego podwładni nie mieli złej woli. Chcieli dobrze.

Ale spierdolili panu sprawę. Ja rozumiem pana zdenerwowanie. I tym bardziej podziwiam pana miłosierdzie profesorze Pill. Ujęło mnie też, że dotykają pana procesy przemijania, z żelazną konsekwencją wywodu już nie jest tak dobrze jak kiedyś. Bo raz mówi pan:

Lepiej umożliwiać ludziom przeprowadzkę tam, gdzie jest praca.

A zaraz potem:

Dziś z powodu socjalnych rozwiązań nadmiernie chroniących lokatorów prywatny kapitał obawia się do inwestować w mieszkania na wynajem. To przyczynia się do emigracji, bo łatwiej wynająć mieszkanie w Londynie niż w Warszawie.

No to migracja jest dobra, czy zła profesorze, bo się zgubiłem? Dobra jest ta w ramach danego kraju, a niedobra ta w ramach Unii Europejskiej. Bardzo to zawikłane.  Ale fajnie, że chociaż nie opuszcza pana poczucie humoru:

A czy w świecie bez pieniądza, tylko z wymianą "towar za towar", ludzie byliby moralnie lepsi? Nie. Badania małych plemion, które nie używają pieniądza, wykazują, że odsetek zabójstw jest tam wyższy niż w rozwiniętym świecie, gdzie jest pieniądz.

Bo to niemożliwe, żeby mówił to pan serio profesorze Pill. To musi byc żart, bo człowiek z tytułem naukowym zajmujący się nauką społeczną nie mógłby sobie pozwolić, by z całą powagą porównywać bliżej niesprecyzowane badania antropologiczne na kilkusetosobowych plemionach ze statystykami dotyczacymi wielomilionowych populacji. Naraziłby sie bowiem na totalną kompromitację. A pan przecież nie chciałby być uznany za matołka, ewentualnie manipulatora, prawda? Profesorze?

Istota wolnego społeczeństwa polega na tym, że można sobie wybierać styl życia. Jeśli ktoś nie chce kapitalistycznego indywidualizmu, to może wejść do wspólnoty w rodzaju izraelskich kibuców. Takiego wyboru dokonuje jednak w Izraelu mniej niż 2 proc. społeczeństwa. To jest górna granica dobrowolnego socjalizmu w normalnym społeczeństwie.

Mhm. No tak, po tej wypowiedzi nabieram wątpliwości. Panu chyba naprawdę zależy na tym, by sie publicznie ośmieszyć. Pana sprawa, profesorze Pill. A za cukiereczek Miltona dziękuję. Znalazłem lepszego dilera.

02:16, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 grudnia 2009

Dobrze wiedzieć, że w oceanie prawicowej szajby zalewającej Izrael pływa jeszcze sporo ludzi, którzy troszczą się o prawa człowieka. Dobrze wiedziec i trzymać za nich kciuki.

czwartek, 10 grudnia 2009

Pomysł na taki konkurs piękności mógł się narodzić tylko w Wenezueli. Miejscu kompletnie pieprzniętym na punkcie specyficznie pojmowanej cielesnej doskonałości, implantów i wyborów miss. Kraj rządzony przez Hugo Chaveza ma już monopol na wygrywanie wszechświatowych zawodów na najpiekniejsza panią, teraz przyszedł czas na panów. Na grubych panów. Na bardzo grubych panów w kieckach.

No bo Rory Carroll opisał w Guardianie pewną spektakularną bitwę o tytuł królowej piekności. Na scenie roi sie o transwestytów w bikini, z mega brzucholami wylewającymi się zza majtek, szczęśliwych jak cholera. No i jeszcze to:

As a socialist and a revolutionary I disapprove of pageants as a meat parade, but tonight's show is different. It's about transformation

To mówi Gabriel Silva, jeden z organizatorów konkursu. Cóż za transseksualna transgresja. No piękne. A piękne wygląd atak:

 

sobota, 28 listopada 2009

No. To będzie bardzo długi tekst. Długi i nudny, ze hej. Ale jak tu nie napisac absurdalnie sążnistego tekstu, jak się zgadzam z Jarosławem Kaczyńskim? Bo szara sieć istnieje. Rzeczywiście mamy w Polsce od dawna bardzo zgraną i efektywną – choć nieformalną - koalicję rządzącą. Swoiste polityczno-dyskursywne porozumienie między większością mediów, wpływowych środowisk i autorytetów prawniczych. Choć jego skład jest zupełnie różny od tego z wyobrażeń byłego premiera.

1.

Oto ostatnio rzeczony twór zaprezentował się publicznie w następującym składzie: konserwatywni publicyści, telewizja publiczna, Episkopat Polski, były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego. Do działania natchnął ich wyrok Europejskiego Trybunału  Praw Człowieka uznający, że krzyż wiszący w jednej z włoskich szkół publicznych narusza prawa jej uczniów oraz ich rodziców. Jak na sprawną drużynę przystało, członkowie rządzącej nad Wisłą koalicji dyskursywnej sprawnie podzielili się rolami: jedni histerycznie bili na trwogę, drudzy z pasją atakowali przeciwnika, inni zaś udawali, że chodzi im jedynie o konsensus i tolerancję. Jednak z tego wielogłosu wyłaniał się jasny, ideologiczny i dość przerażający przekaz: w Polsce większość  winna mieć zagwarantowane prawo do bezwzględnej dominacji, a rozmaite mniejszości – oczywiście w duchu kompromisu i poszanowania – muszą się do tego prawa dostosować.

Schemat podziału ról na radykałów i umiarkowanych jest zawsze ten sam, a jego skuteczność została już wielokrotnie przetestowana. Za każdym razem właśnie w ten sposób katolicka większość w Polsce narzucała swoje zasady pozostałym obywatelom, domagając się jednocześnie od mniejszości wdzięczności za swą domniemaną zdolność do kompromisu. Bo przecież co prawda mamy religię w szkołach i wszechobecne krzyże w instytucjach publicznych, ale przecież nie wprowadzono obowiązku modlitwy. Bo niby mamy zakaz aborcji, ale z teoretycznymi wyjątkami. Co prawda  z powodów ideologicznych nie mamy edukacji seksualnej i refundacji środków antykoncepcyjnych, ale za to apteki mogą je sprzedawać bez obaw. Choć nie ma mowy o wprowadzeniu związków partnerskich dla osób tej samej płci, to przecież nie wtrącamy homoseksualistów do więzienia.

2.

Tak krok po kroku spycha się osoby nie spełniające rozmaitych norm większości na margines życia społecznego, decyzją po decyzji w sposób wyrafinowany utrudnia się im codzienne funkcjonowanie, kolejnymi aktami prawnymi, gestami, wypowiedziami pokazuje się im, że tak naprawdę nie są u siebie. Jasne, jest to dominacja aksamitna, nie żyjemy w państwie wyznaniowym, ale doprawdy dla rozmaitych grup – od ateistów do homoseksualistów – jest to raczej marne pocieszenie. Zwłaszcza jeśli przeczytali opublikowany w „Gazecie” wywiad z prof. Jerzym Stępniem. Oto wybitny prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, by uzasadnić powszechną obecność krzyży w instytucjach publicznych przeinacza pojęcia, stosuje fałszywe analogie i proponuje rozwiązania, od których włos się jeży na głowie.

„Byłoby najlepiej, gdyby społeczność szkolna zdecydowała się na umieszczenie znaków innych religii – półksiężyca, gwiazdy Dawida – w salach lekcyjnych” - tak prof. Stępień proponuje rozwiązać problem osób, dla których krzyż w szkole publicznej stanowi problem. To – abstrahując od kwestii, co mieliby sobie powiesić ateiści, portret Richarda Dawkinsa? - bardzo wygodna propozycja z punktu widzenia przedstawiciela grupy dominującej. Wygodna głównie z tego powodu, że żaden muzułmanin nie zgłosi propozycji zawieszenia w klasie półksiężyca – po prostu  nie pełni on roli jakkolwiek porównywalnej do krzyża w religii chrześcijańskiej.

Jakie więc koncesje musiałaby poczynić publiczna szkoła, by zrównoważyć obecność krzyża w klasie? Ano na przykład tak zmodyfikować swoje funkcjonowanie, by umożliwić muzułmanom przestrzeganie zaleceń filarów islamu, które w tej religii są formą okazywania wiary. Skoro uczeń chrześcijański  może przeżegnać się przed krzyżem, uczeń muzułmański powinien mieć prawo do południowej modlitwy (należałoby więc zmodyfikować plan lekcyjny) i przestrzegania Ramadanu (a więc stołówka szkolna nie powinna we wrześniu wydawać posiłków). To byłyby właściwsze analogie od tej, którą zastosował Jerzy Stępień, ale one nie brzmią już w katolickim uchu tak cudownie prosto i bezboleśnie, nieprawdaż?

To, co jeszcze mówi w rozmowie z Katarzyną Wiśniewską były prezes Trybunału Konstytucyjnego każe się zastanowić, czy rzeczywiście był swego czasu właściwą osobą na właściwy miejscu. Oto panu profesorowi z łatwością przychodzi stwierdzenie, że wyrok europejskiego Trybunału dotyczy przestrzeni publicznej w ogóle, a nie w szczególności instytucji publicznych. A jak już się taką opartą na fałszywych przesłankach tezę postawi, to niedaleko stąd do publicystycznego larum wielu dziennikarzy, że oto ta straszna Europa niedługo rozkaże nam burzyć kościoły.

Czytamy jeszcze w rzeczonym wywiadzie propozycję Stępnia, by stosunki państwo kościół oprzeć na polskich doświadczeniach sprzed 400 lat oraz tezę, że mamy obecnie nad Wisłą do czynienia z naturalnym procesem „przywracaniem krzyża” po latach komunizmu, ale i tak najbardziej szokująca część wypowiedzi profesora jest jeszcze przed nami. Bo co zrobić z pacjentami nie katolikami, którym przeszkadza krzyż w szpitalu? „(...) gdyby komuś w sali ten znak bardzo przeszkadzał, to może  należałoby go przenieść do innej” - proponuje pan sędzia. To jedna z lepszych definicji aksamitnej dominacji, z którą mamy do czynienia w Polsce: przeszkadza ci krzyż? Trudno, ze szpitala cię nie wyrzucimy, ale idź sobie leżeć gdzie indziej. A że sal bez krzyża akurat u nas brak, położymy cię na korytarzu. W porządku. Szkoda tylko, że prezes Stępień nie wyjaśnił jak jego pomysł ma się do art. 53 polskiej konstytucji.

3.

Gdybyście jeszcze nie wiedzieli, drodzy ateiści, innowiercy, geje, lesbijki, to rządząca Polską koalicja dyskursywna chce naszego dobra. Chce nas za pomocą krzyża obronić, uchronić przed nadciągającym nieuchronnie szariatem, który już za chwilę, za momencik zostanie w Europie wprowadzony. Przeszkadza ci krucyfiks feministko? Czekaj, czekaj, zaraz przyjdzie zły Talib i ubierze cię w burkę. To naprawdę fascynujące, jak od czasu słynnego eseju „Wściekłość i duma” Oriany Fallaci, nikt już nie wstydzi się wyrażać swojej podszytej rasizmem islamofobii. Nie trzeba nic wiedzieć, nie wolno przejmować się rzeczywistością, wystarczy się bać, nienawidzić i z gracją dawać upust swym resentymentom.

Oto Michał Karnowski odkrył w Poranku Radia Tok Fm, kto stoi za wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Otóż stoją za nim oni, nasi kolonizatorzy. Bo kto wniósł skargę na krzyż? Muzułmanka (która zresztą okazała się tak naprawdę pochodzącą z Finlandii ateistką). A skoro już to Karnowski odkrył, to dalejże, popłynął dalej: że ekspansja, że jak nie my ich to oni nas, itd., itp. A publicysta „Polski The Times” nie jest sam – teza o nieuchronnej konfrontacji chrześcijaństwa z islamem pojawiają się coraz częściej w głównym nurcie polskiej debaty publicznej.

Zaczyna tu działać klasyczny mechanizm: tak jak mamy nad Wisłą antysemityzm bez Żydów, tak dorobiliśmy się również islamofobii bez muzułmanów. I obydwie te postawy służą do realizowana własnych politycznych i ideologicznych celów. Tak jak antysemita wszędzie widzi bogatego Żyda, co bezczelnie panoszy się w kolejnych rządach i zagarnia dla siebie przynależne nam dobra, z czym trzeba wreszcie skończyć, tak islamofob wszędzie widzi radykalnego muzułmanina, który rozmnaża się na potęgę, rytualnie morduje kolejne żony, a w piwnicy konstruuje bomby z wąglikiem, przed czym, jasna sprawa, trzeba się  bronić. Problem w tym, że taki obraz społeczności muzułmańskiej zupełnie nie przystaje do realiów.

Według opublikowanego rok temu wielkiego badania koordynowanego przez portal WorldPublicOpinion.org większość Turków, Palestyńczyków, Jordańczyków i Egipcjan opowiada się za wolnością wypowiedzi, uważa, że ważne lub bardzo ważne jest równe traktowanie wszystkich religii, że ONZ powinna aktywnie zabiegać o przestrzeganie Deklaracji Praw Człowieka. Z kolei lipcowy 25-Nation Pew Global Attitudes Survey pokazuje, że poza Nigerią i Autonomią Palestyńską zaufanie do Osamy Bin Ladena w krajach muzułmańskich nigdzie nie przekracza 30 procent. O żywotności demokratycznych ideałów w Iranie moglismy się przekonać podczas zielonej rewolucji.

Tymczasem islamofob bez końca będzie przypominał wygwizdanie Marsylianki podczas meczu Francja - Tunezja. Będzie wyolbrzymiał każdą pojedynczą sprawę honorowego zabójstwa, choć gdyby przyjrzeć się temu, jak sprawa przemocy domowej wygląda w katolickiej Polsce, okazałoby się pewnikiem, że nie prezentujemy się znacząco lepiej od, powiedzmy, diaspory muzułmańskiej w Holandii. Demonizowanie islamu służy temu, byśmy z życzliwością spojrzeli na spektakularna obecność religii katolickiej w polskim życiu publicznym. To swoista „zabawa w dobrego Stalina”: mógł zabić, a tylko kopnął.

4.

W czerwcu biskup Tadeusz Pieronek w „Gazecie Krakowskiej” opublikował tekst „Mamy polskich Talibów?”, gdzie jasno wyłożył filozofię, według której krzyże funkcjonują w instytucjach publicznych: „Skąd się wziął ten samorodek nietolerancji, powołujący się na zasadę rozdziału Kościoła od państwa w Polsce, któremu przeszkadzał krzyż w lokalu wyborczym, choć wisi on w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej i w wielu instytucjach i urzędach państwowych?” - napisał hierarcha oburzony zachowaniem przewodniczącego jednej z krakowskich komisji wyborczych, który miał czelność na czas głosowania zdjąć krzyż ze ściany.

Żeby było ciekawiej, krucyfiks wisiał w tym miejscu, ponieważ na co dzień jest ono świetlicą publicznej szkoły. Co robił krzyż w szkolnej świetlicy? To proste. Skoro jest w Sejmie i „w wielu instytucjach państwowych” to niby dlaczego nie w świetlicy? A skoro już jest w świetlicy, to dlaczego nie na sali gimnastycznej? Biskup Pieronek doskonale pokazał na czym polega subtelna taktyka eskalacji w systemie światopoglądowej aksamitnej dominacji.

Wydaje się, że wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka jest dobrym momentem by zerwać z hipokryzją, by przestać udawać, że w Polsce są przestrzegane art. 25 i 53 konstytucji. Bo krzyż w Sejmie powinien znajdować się tylko w parlamentarnej kaplicy, krzyż w publicznej szkole powinien być zawieszany tylko na czas lekcji religii, krzyże w instytucjach państwowych są po prostu kpiną z prawa.

Zwolennicy krzyży w publicznych szpitalach powinni się zastanowić nad zależnością między obecnością krucyfiksu, a prawdopodobieństwem zgody lekarza na przeprowadzenie legalnej aborcji u zgwałconej dziewczyny. Od tych, którzy twierdzą, że krzyż jest symbolem kulturowym wypadałoby oczekiwać obrony Doroty Nieznalskiej, która go właśnie jako symbol kulturowy potraktowała. A wszyscy ci członkowie dyskursywnej koalicji rządzącej, którzy tak bohatersko bronią symbolu swojej wiary powinni mieć odwagę zaproponować takie zmiany w ustawie zasadniczej, by wreszcie wisiał on legalnie w instytucjach publicznych i poddać swój projekt pod referendum (na pewno znalazła by sie wystarczająca większość złożona z parlamentarzystów PO, PiS i PSL). To może wtedy wreszcie się dowiemy, w jakim żyjemy państwie.

00:47, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 23 listopada 2009

Oto do czego doprowadzają lewackie mżonki i konsekwentne pądążanie drogą Ulbrichta, Kadara i Castro, oto jak Hugo Chavez dopisuje nowy rozdział do marksistowskiego style booka: zabrania śpiewać!!11!! Żadnego C-dur, żadnej pracy przepony, nic się śpiewnego z gardła  Wenezuelczykom wydobyć nie może.

Ani to:

Ani to:

Ani w ogóle nic.  No na razie zakazał wprawdzie śpiewania pod prysznicem, ale wszyscy przecież wiemy do jakiego rodzaju eskalacji prowadzą początkowo niewinnie wyglądające zachcianki dyktatora.

Do mniej więcej takich wniosków jak powyżej doszedł ostatnio Gerald Warner, nowo objawiony intelektualny tuz europejskiej żurnalistyki. Tuz to nawet za mało powiedziane. Właściwie jest on tuzem nad tuzy. Wielkim, ogromnym, monstrualnym. Tak normalnie wyrafinowanym, że kłopot sprawia mu już przeczytanie ze zrozumieniem prostego artykułu w gazecie, w której pracuje.

Bo wynika z niego jedynie, że Chavez wezwał do tego, by w miarę możliwości oszczędzać wodę, spędzać pod prysznicem około 3 minut i nie nucić w tym czasie, bo ja wiem, jednej z suit Jethro Tull. No. - To nie są czasy jacuzzi - rzekł Hugon.

Wezwania do oszczędzania wody nie są raczej zbyt oryginalne ostatnio. O jednym takim pomyśle pisał na przykład w wakacje Tierra Latina. No ale generalnie dla kolezanek i kolegów z Daily Telegraph albo z Miami Herald to są wszystko komunistyczne hocki klocki.

A ja tymczasem, jeśli pozwolicie, zrobie unik i pójde sobie nalać wodę do wanny. Ona się wydaje taka umiarkowana. Ta wanna.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner