wtorek, 30 kwietnia 2013



Gdybym był Karoliną po trzydziestce. Niewiele po - tak z rok, dwa. Gdybym był Karoliną niebrzydką, niby zwyczajną, ale przecież sympatyczną, wesołą i naprawdę całkiem do rzeczy. Taką, która jeszcze ma swoje marzenia. No, fantazjuje sobie czasem - kto tego nie robi. Gdybym był Karoliną, to na jakieś fajne wakacje bym chciał pojechać. Pochodzić sobie po plaży. Poodbijać wielką, dmuchaną piłkę jak w reklamach lodów albo telefonów komórkowych.

Gdybym był Karoliną po trzydziestce, niebrzydką, fajną i od pół roku bezrobotną, wysłałbym też list do gazety. Nie, nie czytałbym gazet. Ale moja ciotka czytałaby je namiętnie. Dziwna jest ta ciotka - mówiłaby rodzina. Kupuje codziennie i czyta. "Że też jej renty na te bzdury nie szkoda" - sarkałaby moja matka, ale ja wiedziałbym swoje. Jak lubi, to niech czyta, co nie? I ciotka by mi powiedziała, że w gazecie jest taka akcja, że pomagają młodym bezrobotnym, mówią im, co jest z nimi nie tak. Bo przecież coś nie tak musi być z nami na mur, beton. Wytykają błędy, ale też radzą. Radzą, co robić, by było lepiej.

Gdybym był Karoliną po trzydziestce, usiadłbym przed spłaconym dopiero w połowie laptopem. I zacząłbym pisać. I drżały by mi trochę ręce. Bo to jednak do gazety ma iść. A co oni tam z tym zrobią? Nie wiadomo. Może będą się podśmiewać, że, o, durna krawcowa pisze, lat tyle to a tyle, a w zawodzie w ogóle nie pracowała. A pracy wystrzałowej jej się zachciewa. I to pewnie za 2500 brutto co najmniej. Albo będą się krzywić, że maturę co prawda ma, ale z liceum dla dorosłych, to pewnie w młodości czasu na naukę nie miała, szlajała się z chłopakami, a teraz to, o proszę, spryciula, pracę by od razu chciała mieć. I że wydziwiać będą, że tylko Worda i Excela taka zna, a Worda i Excela to przecież każdy głupi. No i - to najgorsze - jak przeczytają, że się modą interesuje Karolina po trzydziestce, niebrzydka, fajna, to już w ogóle ze śmiechu pękną, że dziewucha już kompletnie kontakt z rzeczywistością straciła.

Gdybym był Karoliną po trzydziestce, zastanawiałbym się chwilę, czy o kursie stenotypii napisać przerwanym z braku kasy, bo chwalić się biedą to nie uchodzi - od razu wszyscy takie dziwne miny robią. Ale w końcu napisałbym - jak wszystko to wszystko, co to w końcu za rada będzie, jak doradca całości postaci Karoliny nie obejmie wzrokiem.

Gdybym był Karoliną po trzydziestce, czekałbym na odpowiedź. I gazetę zacząłbym kupować, bo może w końcu coś o Karolinie w tej gazecie ktoś mądry napisze. Pochyli się w Warszawie nad Karoliny losem i doradzi, co może Karolina zmienić, by dostać pracę i na wymarzone wakacje uciułać. I pewnego dnia przeczytałbym:

Karolina jest po trzydziestce. Mieszka w kilkunastotysięcznym mieście w Wielkopolsce. Z zawodu jest krawcową ze specjalizacją w szyciu męskich ubrań, ale poza dwoma miesiącami stażu nigdy nie pracowała w zawodzie. Zdała maturę w liceum dla dorosłych. W ubiegłym roku rozpoczęła naukę stenotypii, ale przerwała ją z powodu braku funduszy. Pracowała po kilka tygodni jako księgarz i telemarketer. Obsługuje podstawowe programy typu Word i Excel oraz urządzenia biurowe. Podkreśla swój dobry kontakt z klientem. Interesuje się modą (chciała zostać projektantką) oraz literaturą (pisze wiersze, artykuły do lokalnych gazet). Bezrobotna od pięciu miesięcy. Jest gotowa do przeprowadzki.

Gdybym był Karoliną po trzydziestce, z trudem łapałbym oddech. Bo to przecież o mnie. To ja, cała ja, niemożliwe, żeby ktoś drugi taki był na świecie. A więc będzie porada i jakaś nadzieja, najmniejsza choćby, na przyszłość. Wytarłbym ręce dyskretnie w sukienkę, którą kiedyś w przypływie szaleństwa i dobrego humoru kupiłem w tym dużym browarze w Poznaniu i czytałby dalej, bo dalej coś na pewno będzie i do tego bezpośrednio do Karoliny to dalej będzie skierowane. I zobaczyłbym, że doradzać mi będzie Joanna Nadzieja, doradca zawodowy II stopnia i może nawet bym się rozpłakał, że Nadzieja, że to piękne i że przypadku nie może być w tym ni krztyny:

Można wywnioskować, że pani Karolina dążyła do zdobycia specjalistycznych kwalifikacji zawodowych. Warto iść tą drogą. Napisała "chciałam kiedyś zostać projektantką, bardzo lubię tą branżę". Zaproponowałabym pani kurs projektowania mody dający możliwość realizacji własnych autorskich projektów. Jeśli pani Karolina chce się kształcić, może warto wybrać np. Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu (Katedra ubioru - Pracownia projektowania ubioru). Może poszerzyć wiedzę specjalistyczną z zakresu projektowania dekoracji kostiumów do spektakli i recitali. Pasję pisania może wykorzystać na tworzenie własnych periodyków o modzie i najnowszych trendach światowych, albo poradniki, jak gustownie przygotować i wyposażyć własną szafę.

Gdybym był Karoliną po trzydziestce, niebrzydką i fajną, przeczytałbym powyższy tekst cztery razy. A później położyłbym dłonie na stole i długo na nie patrzył. Ruszałbym palcami, pobawił się pierścionkiem, a mój wzrok byłby coraz bardziej pusty. Wstałbym i popatrzył w lustro. Chyba też pogłaskałbym psa. A później poszedłbym się powiesić.



02:52, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 lipca 2012



Witam państwa, jestem z wydawnictwa Znak. Mieści się w Krakowie. Z dumą donoszę, że dobrze sobie radzi na rynku, zaspokaja potrzeby duchowe czytelników. Krzepi wielkimi Polakami: krzepi papieżem, krzepi noblistką, krzepi Szymonem Hołownią. Jest piękne, czyste, jest dziewicze i niepokalane. Jest słodkie jak kremówka. Jednym słowem - bo ledwo kończę pierwszy akapit, a już przynudzam - krzepi i ubogaca.

Ale najważniejsze, że ma twardy kręgosłup moralny, który przed byle czym się nie ugina, pod byle drobnostką się nie łamie. I nie będzie, proszę państwa, tak, że dla jakichś tanich pobudek Znak się będzie - za przeproszeniem, bo Polakowi postępowemu katolikowi też przecież mogą puścić nerwy - kurwił. Że dla obcej chrześcijaństwu żądzy zysku będzie wydawał książki posługujące się

"hermeneutyką podejrzeń" w stosunku do swego bohatera.

Nie będzie tak, że wydawnictwo Znak nagnie swoje zasady przypieczętowane setkami pozycji o Ojcu Świętym, choć dopiero, niestety, błogosławionym. Nie zdarzy się nigdy, by wydawnictwo Znak opublikowało książkę, której autor

zupełnie niepotrzebnie krzywdzi i rani kilkoma fragmentami swego tekstu wdowę i córkę

Tak nie będzie

Ale cóż złego jest w wydawaniu wspomnień snajpera, który na łono Mahometa (che, che) wysłał ponad stu - jak on to, prawda, celnie ujmuje - irackich dzikusów i fanatyków? Cóż złego jest wydawaniu książek kolesia opowiadającego o tym, jak zastrzelił kobietę, bo mu się wydawało, że w ręce niewiasta ta fanatyczna trzyma granat? Cóż złego jest w tym, że poznajemy kulisy jego życia rodzinnego - pełnego oddania i miłości mimo trudnej pasji?

Niczego nie ma w tym złego, bo jesteśmy na wojnie cywilizacji, kurwa!

Myślę, więc, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, pozdrawiam wszystkich serdecznie, szczęść Boże i obyśmy doczekali szybkiej kanonizacji,

prezes Henryk


poniedziałek, 11 czerwca 2012

klemperer

Idzie tak:

Na Ogrodach do mojego autobusu wsiadło czterech męż... nazwanie ich mężczyznami jest na wyrost, acz miano małp uwłacza z kolei biednym zwierzakom.

W życiu widziałem wiele poziomów "wiochy" i dna społecznego, od patologii dawnego stadionu Lecha po zaułki nowojorskiego Harlemu, ale widok tych szympansów zwisających z poręczy w autobusie był dla mnie nowym doświadczeniem.

Zobaczyłem bowiem w ciągu paru chwil Polskę wspaniałą, dumną, utopijną niemal oraz Polskę zakompleksioną, sfrustrowaną, z dna zezwierzęcenia.

Problem oczywiście polega na tym, że tak jak 1% komórek rakowych zabija resztę zdrowego organizmu, tak minimalny odsetek zakompleksionych wandali skutecznie rozwala polską, ogólnie dość normalną rzeczywistość. Wśród morza przyzwoitości kilka czarnych wysepek naprawdę rzuca się w oczy - nam samym i obcokrajowcom. Problem ich eliminacji to jedno z większych wyzwań dla rządzących

- list z takimi tezami pojawił się dziś na drugiej stronie "Der Stürmera" Gazety Wyborczej. Nie mam więcej pytań. Poddaje się.

12:21, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2012



Wyrok sądu nigdy nie usankcjonuje tego, jak Argentyńczycy pamiętają i oceniają rządy generała Videli. O tym każdy z nas będzie decydował sam. Na podstawie wspomnień, doświadczeń własnych i najbliższej rodziny. Na podstawie poglądów i sympatii politycznych. Pomysł, by sąd sądził historię - tak samo jak sądzi np. kieszonkowców - jest mocno dyskusyjny.

Widać to zresztą w sondażach. Mimo generalnie krytycznej opinii o rządach wojskowej junty ciągle wielu Argentyńczyków (choć z latami i wymieraniem świadków malejąca) uważa, że była mniejszym złem i uchroniła Argentynę przed komunistycznym zagrożeniem i chaosem. Żaden wyrok sądu tego nie zmieni...

Bulwersuje mnie fakt, że sąd uznał, iż w marcu 1976 roku nie było zagrożenia przewrotem komunistycznym w Argentynie. Tego się nie da jednoznacznie stwierdzić. Nawet jeśli w kremlowskich archiwach są zapisy, że towarzysze z Moskwy nie mieli zamiaru inspirować rewolucji w Argentynie, to jednak samym swoim istnieniem uwiarygadniali taką wersję wydarzeń. Ocena nawet najbardziej skrupulatnego sądu tego nie zmieni. Są bowiem sprawy, które nie poddają się ocenie prawnej. Na rządy generała Videli zawsze będziemy patrzeć przez pryzmat polityki. I nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej.

INSPIRACJA



17:43, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (2) »
środa, 09 listopada 2011

Wybaczcie, wzruszenie odebrało mi głos:

Wojciech Pszoniak zaprasza na Kolorową Niepodległą from Krytyka Polityczna on Vimeo.



Rozumiecie, w takiej Polsce każdy powinien się czuć dobrze. Chyba, że jest...

Dadadadam (tu wchodzi balet, w tle leci Czajkowski, łabędzie, jezioro, waterboarding): ...jest muzułmaninem trzymanym bez sądu w jakiejś obsranej piwnicy gdzieś na Mazurach, w Polsce znaczy, oczywiście w całej Polsce, bo gdy pytają go skąd jest, aktor Pszoniak odpowiada, że z całej Polski, z kraju, w którym można spokojnie powiedzieć w telewizji:

No ale przecież demokracja ma swoje granice. Niewinnego człowieka nie można torturować, no ale winnego złoczyńce...

I nikt ci nie powie: przeproś albo spierdalaj

środa, 26 października 2011

jest ta notka. To znaczy nie tylko przez nich. Bo może przez dziewczyny z ONR-u też. No i przez parę innych rzeczy. Fakt jest taki, że miałem nie pisać o tym, ze nie idę blokować Marszu Niepodległości. Bo w sumie co to kogo obchodzi, gdzie idę, a gdzie nie, co blokuję, a co przepuszczam.

Ale najpierw podczas dyskusji w knajpie zebrałem ostry wpierdol za swoją kapitulancką i cyniczną postawę. Później - właściwie to konkretnie dziś - podczas oglądania meczu Legia - Widzew (tak, wśród moich licznych wad znajduje się również kibicowanie polskiemu piłkarstwu ze szczególnym uwzględnieniem Widzewa) zobaczyłem na "Żylecie" (to taka trybuna, gdzie zasiadają ludzie wieszający na płotach różne durne hasła typu "Dżihad Legia") transparent WSZYSCY IDZIEMY NA MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI. A jakiś kwadrans temu, podczas leniwego przeglądania statystyk bloga, zobaczyłem kilkanaście wejść z zamkniętego forum ONR-u. Dalibóg nie wiem, czego państwo tutaj szukają, ale dobra, skoro już się tak wszystko nawarstwiło, to kurwa niech będzie, napiszę, dlaczego nie idę blokować pieprzonego Marszu Niepodległości.

Zupełnie nie wiem od czego zacząć, więc może zrobię to od dupy strony, to jest szansa, że chociaż przez chwilę będzie przyjemnie.

Historia pierwsza. Nie, żebym był jakoś przesadnie stary. Ale dość dobrze pamiętam czasy z pierwszej połowy lat 90. W przestrzeni tak zwanego muzycznego andergrandu charakteryzowały się one tym, że co któryś punkowy koncert był odwiedzany przez delegację krótko obciętych chłopców w żargonie socjologów zajmujących się badaniem młodzieży zwanych skinami. Czego chcieli? No, "chcieli krwi, chcieli zadymy, chętnie bili dziewczyny", by zacytować dawno nieżyjącego krakowskiego piosenkarza. Więc skiny lały panków, panki starały się lać skinów, a wszystko kończyło się jakąś malowniczą gonitwą. Ok, przyznaję, było to w pewien sposób zabawne. Ale zawsze jednak wydawało mi się również dość głupawe i rytualne. Poza tym ja jestem dość cherlawy, a w glanach chujowo się biega.

Historia druga. Przenieśmy się na początek XXI wieku. Jechałem sobie stopem z kimśtam gdzieśtam, nieważne z kim, nieważne gdzie, ważne, że przez Niemcy. Jest lato. Stoimy, machamy, machamy, stoimy. Zatrzymuje się Opel. Otwiera się okno. Wychyla się koleś i pyta: -  Hippisi?

- Nie, skąd, jak kurwa hippisi, mamy 2002 rok - odpowiadamy zgodnie z prawdą.

- A to wsiadajcie - mówi człowiek. No to wsiadamy.

Człowiek jechał z kolegą. Bez zbędnej zwłoki oznajmili nam, że są niemieckimi narodowcami i jadą na zjazd NPD. Super - myślimy. - Szkoda, że nie pedofile, bo byśmy się może z nimi zabrali do samej, proszę ja was, Tajlandii.

Dobra, będę się skracał. No więc gadka szmatka, skąd jesteście, ano z Polski, a to świetnie, bo my tu mamy taką mapę i wiecie, to jest Szczecin, oddawajcie nam Szczecin skurwysyny. Jasne, jasne, my wam oddamy Szczecin, a kto nam odda Lwów, nie ma tak dobrze. Hahaha, hihihi, pełen ubaw, naziole uprzejmi, że hej, tak uprzejmi, że jak przegapili zjazd z autostrady, na którym nam zależało, to nadłożyli parędziesiąt kilometrów i zrobili kółko, by nas przy nim wysadzić. Owszem, kiedy się żegnaliśmy, wyglądali na dość zmieszanych swoją gościnnością.

Historia trzecia. To było rok temu. Na smutną stację kolejową w Sochaczewie wpadli chłopcy z Antify, by ponapierdalać chłopców z ONR-u. Kolesie z dolnego pokładu nowoczesnego transatlantyka MS Kapitalizm szybko, sprawnie i z polotem doprowadzili się ramię w ramię na szpitalną izbę przyjęć.

I właśnie dlatego nie będę blokował Marszu Niepodległości. Ale jak przyjdzie co do czego, to jestem oczywiście za tym, żeby mecz wygrała Antifa.



wtorek, 11 października 2011

Zajrzałem sobie w szczegółowe dane exit polla OBOP-u dla telewizji. I zrobiłem: Ło jeny!

Otóż:

Ruch Palikota zdobył najwyższe poparcie wśród bezrobotnych, robotników, uczniów i studentów.

Oraz:

Ruch Palikota zdobył najwyższe poparcie w miastach w przedziale 51 - 500 tys. mieszkańców

Co to oznacza?

1. Wyborcy Palikota raczej nie są naturalnym zapleczem jakiejś wyimaginowanej partii lewicowej. To przede wszystkim elektorat partii populistycznej. Źle to? Niekoniecznie, no bo:

2. Fajnie, że populizm w Polsce nie musi być koniecznie narodowo - konserwatywno - jakuboszelowo - neoliberalny. Otóż można pojechać po xiędzu, odwołując się do ludowego antyklerykalizmu i, digabum, to zadziała. Nie trzeba koniecznie pierdolić głupot o podatku liniowym, bo na kij on bezrobotnemu, robotnikowi, albo studentowi Wyższej Szkoły Czegoś Tam Czegoś.

3. Wygląda na to, że ruchawka wkurwionych młodych jest w Polsce możliwa.

4. Oraz potencjał Dżaroslawa na przyszłość jest żaden.

To tyle za darmo i w kwadrans przyszło mi do głowy. A teraz idę spać, bo się strasznie dziś, panie, naharowałem. No ale, proszę, ile to pozytywnych wiadomości dostarczył nam Janusz swoim blitzkriegiem. Kto by się spodziewał, kto by się spodziewał. Dobranoc.

23:21, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (12) »
sobota, 08 października 2011



Żyję. Ma to swoje niezaprzeczalnie dobre strony. No. Ale ma też i złe. Bo muszę oglądać, czytać, słuchać, robić te wszystkie rzeczy budzące irytację. Dzisiaj na przykład gapi się na mnie z okładki "Gazety" Marek Kondrat. Źle wygląda. I z tym swoim złym, zmęczonym wyglądem mówi do mnie, żebym głosował. Bo jak nie, to będę miał kaca. Och, panie Marku, jest, kurwa, sobota. To oznacza, że dziś na kacu to ja się bardzo dobrze znam. To niech pan mnie już o nim nie naucza.

Nie wiem, co jest nie tak z tymi ludźmi. Przecież gdyby każdy Polak i Polka każda poszli do wyborów, ich wynik byłby niemal taki sam, jak przy 50 proc. frekwencji. Głosowanie możemy spokojnie uznać za gigantyczny sondaż dobrze oddający rozkład poglądów w całej populacji.

Te wszystkie brednie o obywatelskim obowiązku i myciu zębów

Dlaczego wiec piszę ten rytualny, przedwyborczy, profrekwencyjny tekst? Otóż z tego samego powodu, dla którego my wszyscy przypominamy swoim dzieciom, żeby myły zęby. Nie chcemy, żeby miały dziury, próchnicę, braki w uzębieniu.

miałyby sens tylko wtedy, gdybyśmy chcieli pobić frekwencyjny rekord Guinessa, medal dostać, rękę uścisnąć Wielkiego Elektora. Ale czy znowu jesteśmy tacy wylewni, żeby się ściskać z jakimś nieznajomym facetem (bo to musi być facet, zwłaszcza w polskiej wersji tej przypowieści)? No raczej nie.

Cóż, więc, jeśli nie chodzi o to, by poszli wszyscy, to znaczy, że gra się toczy o zmobilizowanie konkretnej grupy obywateli naszego pięknego kraju. To się fajnie udało cztery lata temu. Tyle, że wygenerowało jednocześnie sporą grupę nabitych w butelkę, tych nieogarniętych kolesi, co uwierzyli, że im Platforma marihuanę zalegalizuję. Albo tych podatnych na wzruszenia, Kazików różnych, co po Smoleńsku stwierdzili, że dali się oszukać, a tak naprawdę Lech Kaczyński i PiS wcale nie byli faszystami.

Po co o tym przynudzam? Ano po to, by dojść do oszałamiającego odkrywczością wniosku, że bezrefleksyjne głosowanie rodzi w chuj i trochę problemów. Dlatego nie chce ci się iść? To nie idź. W piździe masz to całe głosowanie? To miej. Nie masz na kogo głosować? To nie głosuj.

Ale zęby umyj, bo się może dziś spotkamy w knajpie.

17:00, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (2) »
wtorek, 31 maja 2011



Biały, a nie czarny. On wie, kiedy używać telefonu, a Afrykańczyk nie. On jest taaaaki mądry, a czarnuchy taaaakie gupie są. Dobrze, że jest. Robotnik, przedsiębiorca, bohater. Polak. Władysław Frasyniuk. Rzekł:

- Gdyby nie to, że Obama jest ciemnego koloru skóry, to bym powiedział: kompletna Afryka. Napieralski w którymś momencie wyjął aparat telefoniczny i robił zdjęcia.

Gdyby nie to, że sam jestem Europejczykiem, to bym powiedział: oto typowy europejski rasizm. Gdyby nie to, że Frasyniuk ćwiczył boks, to bym powiedział: o kurwa, patrzcie jaki tępy buc.

Oraz czy ktos lepiej się od niego nadaje do wyjazdu z demokratyczną misją do Tunezji? No pewnie, że nie. Więc weź ciężarówkę Władek i jedź. Powiesz brudasom, kiedy używać telefonu w komórce. Na pewno przyjmą twe rady z wdzięcznością.

niedziela, 29 maja 2011

order

Uważajcie! Łapcie się poręczy, albo się jej puśćcie, weźcie głęboki oddech, albo go wstrzymajcie, bo przelecimy się prez chwilę wehikułem czasu. Fajnie? No, rety, jak fajnie, więc ziuuuuuuu:

Prezes Rady Ministrów Donald Tusk spotkał się ze składającym oficjalną wizytę w Polsce prezydentem Arabskiej Republiki Egiptu Hosni Mubarakiem. (...) Tematem spotkania były również kwestie bliskowschodnie. Szef polskiego rządu podkreślił wkład, jaki Egipt wnosi w stabilizację stosunków w tym regionie.

Oraz:

Lech Kaczyński rozmowę ze swoim gościem określił jako "jedno z najciekawszych spotkań w ciągu ostatnich dwóch lat"

Jak również:

za wybitne zasługi w rozwijaniu współpracy i przyjaźni polsko-egipskiej, odznaczony zostaje obywatel Arabskiej Republiki Egiptu KRZYŻEM WIELKIM ORDERU ZASŁUGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ Hosni Mubarak.

No i przecież nie może też zabraknąć:

Uzasadnienie przyznania Nagrody Lecha Wałęsy Strażnikowi Dwóch Świętych Meczetów Królowi Abdullahowi Bin Abdulazizowi Al Saudowi: „W uznaniu osobistych zasług na rzecz dialogu między-religijnego, promocji tolerancji i wzajemnego zrozumienia kultur i cywilizacji, a także pokoju i współpracy międzynarodowej oraz szeroko zakrojonej działalności dobroczynnej"

No. A teraz słyszę przy okazji wizyty Obamy, że nasi dzielni mężowie, idealiści, specjaliści od transformacji i promowania wolności na caaalutkim świecie mają doradzać Arabom, jak budować demokrację. I tylko ciekaw jestem, czy Wałęsa wybierze się w tym celu do Bahrajnu, gdzie walczący z reżimem demonstranci są właśnie rozjeżdżani przez saudyjskie czołgi. Dodajmy też dla porządku, że kolega Łukaszenka przy Mubaraku to jest naprawdę fajny, dobrotliwy koleś z wąsem, Ahmadineżad zaś przy Jego Ekscelencji Abdullahu to humanizm po prostu wcielony.

I nawet nie chodzi mi o to, że hipokryzja i że o matko boska - to wiadomo, to nic nadzwyczajnego, to się nadaje jedynie do obszernego ziewnięcia. Zresztą przy brytyjczykach, którzy szkolili saudyjskie siły specjalne strzelające ochoczo do manifestantów, to my jesteśmy naprawdę milutcy.

Zastanawia mnie co innego. Co trzeba mieć w głowie, jakie wzięte nie wiadomo skąd neokolonialne nawyki, by myśleć, że naprawdę możemy Arabom coś powiedzieć o demokracji. Albo żeby sądzić, że oni w ogóle chcą słuchać co mamy do powiedzenia.

Że niby jak? Wpadniemy na kawkę do Kairu i rzucimy mimochodem: - Tia, obściskiwaliśmy się z waszymi oprawcami, bo rozumiecie, trzymali was dzikusy pod butem, żebyście za bardzo nie wierzgali i nie destabilizowali sytuacji. Sorry, trochę głupio wyszło. A teraz słuchajcie, zróbcie tak i tak, bo demokracja jest tym i tamtym? 

Hej, panowie premierowie, ministrowie, prezydenci byli, obecni i przyszli: Arabowie naprawdę mają mózgi, oni tylko tak śmiesznie wyglądają. Więc dajcie im święty spokój ze swoimi radami. Poradzą sobie sami, serio.

Och, proszę. Oszczędźcie nam rad polskich dziwaków z religijnej prawicy

- napisał na swoim blogu Angry Arab. Nic dodać, nic ująć.



 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner