czwartek, 22 lipca 2010

Są w Polsce te różne małe różnice, z których człowiek sobie zazwyczaj nie zdaje sprawy, szczegóły różniące dwa obrazki niedostrzegalne dla Francuzów, czy Szwedów, ale w mig identyfikowane przez mieszkańców naszego kraju. No bo dajmy na to takie krzyże.

1.

W Warszawie stoją sobie na przykład takie dwa, niedaleko siebie, w centrum miasta. Jeden przed pałacem prezydenckim, drugi na placu Piłsudskiego. Oba słusznych rozmiarów i oba upamiętniające "wielkich Polaków", oba postawione ku pamięci przez "wielkich Polaków" wyznawców. Oba w sferze symbolicznej są jednakowo ofensywne i opresywne. Oba stoją w miejscach ważnych dla wszystkich polskich obywateli: jeden przed pałacem, drugi przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Różnica? Jeden jest uważany za "krzyż polityczny", zły, fuj i ała, drugi zaś za wspaniałe przypomnienie świętych zasług świętego rodaka.

I dlatego ja się gubię, ja nie wiem, ja nie ogarniam - z czego do ciężkiego diabła wynika ta różnica (pomijając sprawy proceduralne, bo to przecież nie o nie chodzi - chyba - w tej debacie)? Dlaczego krzyż prezydencki ma być zastąpiony tablicą, a krzyż papieski tablicą być zastąpiony nie mógł? Dlaczego wspaniali polscy liberalni obywatele zbierają podpisy pod usunięciem krzyża sprzed pałacu, a milczeli, gdy stawiano krzyż przed grobem?

2.

Okazuje się, że mainstreamowi liberałowie i lewica niczego się nie nauczyli w ogniu debat przez 20 lat wolnej Polski. Ten sam myk, który prawica zrobiła w sprawie aborcji, teraz robi w sprawie krzyży.

Na poczatku lat 90. radykałowie w rodzaju Jurka, Niesiołowskiego, Łopuszańskiego domagający się kar więzienia dla niemal wszystkich mających coś wspólnego z przerwaniem ciąży tak skutecznie przestraszyli polityczne centrum, że niezwykle ostrą ustawę przyjęto z zadowoleniem jako kompromis (choć trzeba oddać SLD, że próbowało liberalizacji ustawy, co utrącił Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem św. Andrzeja "Nie może być tak, ze nam tu jakieś pedały maszerują" Zolla). I teraz tego kompromisu bronią "wszyscy" (od groma w dzisiejszej notce cudzysłowów): od Jarosława Gowina po Monikę Olejnik.

Teraz źli, straszni i ojej jacy nieestetyczni państwo powoli przykuwający się do krzyża przed pałacem pełnią dla dominacji w Polsce radykalnie prawicowego dyskursu tę samę rolę, co Niesiołowski i spółka kilkanaście lat temu. Tak ten krzyż i owi państwo przestraszają i gorszą liberalne elity, że te są w stanie się zgodzic na "kompromisowe" i wieczne trwanie krzyża w polskich instytucjach publicznych, od parlamentu do szkół, byle ten jeden cholerny, kaczystowski krzyż zniknął im z pola widzenia.

Już publicyści w poranku radia Tok Fm rozpływają się nad krzyżem w Sejmie: jak to on jednoczy, jak go z narażeniem zdrowia wieszano (!!), jak generalnie łagodzi spory i jaki to jest w sumie fajny.

3.

I cóż kurwa... Osłabia mnie to i wpędza w depresję.

14:05, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 czerwca 2010

To było wczoraj. Odpaliłem transmisję audio TVN 24. Trafiłem na krótką rozmową z Postacią obecną w sztabie Jednego Z Kandytatów.

Boję się, wie pan, tej drugiej tury, wolałbym, żeby wszystko skończylo się wcześniej

- rzekła Postać, na codzień laureat wielu Festiwali Filmowych

A czy nie byłoby dobrze, by ten Festiwal Demokracji potrwał jeszcze dwa tygodnie?

- zapytał zatroskany Dziennikarz

Wie pan, ten Festiwal Demokracji i tak już trwa za długo

- odpowiedziała sentencjonalnie Postać.

I tak to jest. W nosie mam, czy wybory wygra konserwatywny liberał, czy liberalny konserwatysta. Za to zabawa jest - musicie przyznać - przednia. Dziś grają skecz z cyklu "za daleko mam", a tu jeszcze zostało tyle dni. Rozsiądźmy się wygodnie w fotelach.

20:22, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010

Byłoby to cholernie śmieszne, gdyby nie było też dość przerażające. Ale umówmy się tymczasowo, że się śmiejemy, bo zawsze się warto pośmiać z zakutych łbów.

Oto mamy wioskę gdzieś na Zachodnim Brzegu. Drogą - polną drogą, rzec by można - bierzy sobie urocza, kolorowa demostracja przeciw blokadzie Gazy i bohaterskim poczynaniom izraelskich żołnierzy, którzy tydzień temu postanowili zastrzelić dziewięć osób z konwoju humanitarnego.

No więc idą sobie. Skandują. A za nimi jedzie sobie piękny tekturowy statek na kółkach z flagami państw, których obywatele płynęli w konwoju. Generalnie sielanka z politycznym przekazem. Do czasu. W pewnym momencie demonstrację spowija gaz, a zza winkla wybiegają żołnierze. I zaczyna się kuriozum.

Chłopcy w mundurach najpierw atakują statek z tektury. Nie pytajcie dlaczego. Może dostali rozkaz, by zatrzymywać wszystkie statki, niezależnie tego, z czego są zbudowane? Może to jakiś atawizm jest? Nie wiem. No ale. Atak kończy się sukcesem (brawo żołnierze!), zaczyna zaś pogoń za demonstrantami.

A kto najwolniej ucieka? No przecież, że stare kobiety. Więc ciach starą kobietę. A kto ucieka najszybciej? Otóż kolesie na wózkach inwalidzkich. Kolesie na wózkach inwalidzkich z maskami gazowymi na głowie. Kolesie na wózkach inwalidzkich z maskami gazowymi na głowie są proszę państwa nieuchwytni dla goniących ich żołnierzy.

Uff, to trzeba zobaczyć, by dostrzec, że politykę Izraela wobec Palestyńczyków można już tylko kwitować pogardliwym śmiechem. Bo jak inaczej odnieść się do ludzi, który robią abordaż tekturowego statku?

stąd

środa, 14 kwietnia 2010

Kiedyś w moim telewizorze pojawił się Krzysztof Varga. I rzekł:

Polska męczy. I ja jestem zmęczony.

Ja też.

16:43, czerwoneiczarne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 kwietnia 2010

Zaczyna mnie to wszystko osłabiać. Powstające jak grzyby po deszczu grupy na fejsie, że Powązki a nie Wawel, albo Nie! Dla pochówku na Wawelu to jest widomy znak, że żałoba miesza w głowach nie tylko prawicowym ultrasom, ale również „młodym, wykształconym z dużych miast”.

- No bo, proszę pana, tam leżą króle i królewny i bohaterzy i bohatyrowiczowie i wgle. No to gdzie tam Kaczyński? - to mówią mniej więcej młodzi wykształceni z dużych miast. Aha. No.

Tacy króle i takie królewny na przykład. Kim byli? Wydaje mi się, aczkolwiek być może jestem w błędzie, że głowami naszego pięknego kraju, co krwią i blizną i co go kochamy szczerze, w czasach, gdy ów kraj był monarchią. Więc co jest nie tak z pomysłem, by pochować tam również taką samą głowę w czasach, gdy jesteśmy demokracją parlamentarną? Nie wiem. Może mnie ktoś oświeci.

Że Kaczyński niegodny? No kurwa, to wywalmy też z krypty Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Dlaczego nie?

18:01, czerwoneiczarne
Link Komentarze (12) »
sobota, 10 kwietnia 2010

głosowałem na Lecha Kaczyńskiego. Głównie po to, żeby był ostateczną zaporą przed różnymi szalonymi pomysłami typu 3x15 i co radykalniejszymi pomysłami technokratów albo ultra prawicowych radykałów z bardzo prawdopodobnego wówczas PO-PiS-u. I uważam, że w sumie był niezłym prezydentem - a jak na środowisko, z którego wyrósł i jakość doradców, których przez długi czas miał wokół siebie, to nawet całkiem dobrym.

No, i podobało mi się to, że próbował lepiej lub gorzej zdefiniować wspólnotowy wymiar polityki. I bardzo nie podobała mi się cała ta totalna wymierzona w niego medialna napierdalanka. I zawsze wydawal mi się całkiem fajnym gościem. Szkoda.

16:12, czerwoneiczarne
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 lutego 2010

Otóż okazuje sie, że, po pierwsze, ludzi zgrzewa Ryszard Kapusciński. Bo taka historia. Wchodzę do dużej sieciowej księgarni w dużym mieście i widze wyraźnie, że na półce z nowościami leży kilka egzemplarzy "Kapuściński. Non-fiction" Artura Domosławskiego. Zdążyłem tylko mniej więcej okręcić się trzy razy na pięcie, podrapać w kaptur oraz zamyślić krótko nad istotą wszechrzeczy i spojrzałem ponownie na sklepowy regał. Książki zniknęły.

I to jest ogromna zasługa Domosławskiego: odkurzył Kapuścińskiego, ożywił, zdjął ze specyficznie polskiej półki z pozycjami dla pensjonarek, cymbałów i dewotów, oczyścił z pyłu "klasyki", wyprał z tanich pochlebstw i hippisowskich zachwytów nad "wielkim podróznikiem". Jest duża szansa, że to, co Kapuściński miał do powiedzenia o świecie wreszcie stanie sie nad Wisłą choc trochę istotne. Bo dotychczas wszyscy mieli to raczej w dupie. Dwie rozmowy, które podsłuchałem w tej samej ksiegarni o "Szachinszachu" i "Wojnie futbolowej" czynią mnie w tej sprawie umiarkowanym optymistą.

Niestety, oczywiście okazało się również, że ludzi zgrzewa robienie z siebie kompletnych idiotów. Choć może źle napisałem. Nie niestety, raczej na szczęscie. Bo chyba żadna sprawa dotychczas tak jaskrawie nie obnażyła poziomu publicznej debaty w Polsce. Poziomu dna. U nas się nie dyskutuje nad tym, co wolno reporterowi, nie rozmawia się przy okazji biografii Kapuścińskiego o PRL, czy naszym neokolonialnym (i dziwnym, jak na ludzi częściej podbijanych, niż podbijających) podejściu do krajów Trzeciego Świata. Nie, u nas się gorączkowo rozmawia o tym, czy Artur Domosławski jest hieną, czy tez nie.

Oto Władysław "warto być przyzwoitym ponad podziałami" Bartoszewski rzekł, że:

Są uprawnione wydawnictwa, które wydają przewodniki po domach publicznych, z kwalifikacjami i ilością gwiazdek, ale nie sądzę, żebym chciał wydać w takim miejscu swoją książkę historyczną, albo żeby to wydawnictwo równocześnie wydawało żywoty świętych.

Cóż, wielka to będzie dla nas wszystkich strata, jeśli Bartoszewski gdzieś nie wyda ksiązki historycznej. Zapłaczemy się wszyscy po prostu, do ostatniej kropli słonej wody w rozpaczy morzu obszernym.

Albo czyż nie wstrząsają nami spazmy jaskrawego zrozumienia, gdy Stefan Bratkowski obwieszcza nam:

Słyszę, że demaskator nie chciał demaskować… Ale sam tytuł książki – „Kapuściński non-fiction” – odsłania zamiar. Zamiar dużego formatu. Robić twórcę własnego mitu z człowieka bezpośredniego, bezpretensjonalnego, prostego w sposobie bycia – to swoisty wyczyn, dowód wielkich ambicji, na miarę Kapuścińskiego, żeby się na nim podwieźć do sukcesu.

Książki Bratkowski oczywiście nie czytał. To jest w ogóle specyfika wielu polskich intelektualistów. Otóż uważają oni, że sie już w życiu dość naczytali. Tropem lansu i chorych ambicji jedzie też "kolega" Domosławskiego, Marek Beylin:

Szukam słów, by nie urazić Artura Domosławskiego, mojego redakcyjnego kolegi, i zarazem wyrazić oburzenie. Bo Domosławski naruszył godność żyjących w imię sensacji.

Szukał słów i znalazł, nie? Mógł przeciez napisać, że podłość, ohyda, że się ręki nie powinno podawać i inne tam sruty druty z arsenału chwytów retorycznych publicystycznych nieudaczników, a napisał tylko właściwie, że autor nasrał na grób i spoliczkował wdowę w imię sensacji. Bardzo to delikatne. Pamiętam tekst Marka Beylina na jednej z debat po pewnej bohaterskiej inwazji utożsamiający sytuację mediów w okupowanym Iraku z tymi w Polsce po 1989 roku, pamietam jego tekst, że Naomi Klein "jest jak Kaczyński", wiec za dużo sie po Beylinie nie spodziewałem. Ale żenada tego artykułu przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania.

To jest w ogóle całkiem zabawne, że Domosławskiego flekują ludzie, którzy nigdy nie potrafiliby napisać choć w połowie tak ciekawych książek jak on (pamietacie jakiś fajny tekst Beylina, jakąś ciekawą myśł Bartoszewskiego, albo cokolwiek odkrywczego i ważnego spłodzonego przez Bratkowskiego po 1989 roku?). Cóż, parafrazując wymienionych wyżej tuzów, można by napisać, że oto leniwe beztalencia próbują sie przewieźć na talencie, pracowitości i szerokości horyzontów tego, którego próbuja wbić w ziemię. Dla taniej sensacji i rozgłosu, oczywiscie. Mozna by tak napisac. Ale nie będziemy się zniżać do tego poziomu.

Przeczytałem do tej pory mniej więcej 1/3 książki Artura Domosławskiego. Rzecz jest monumentalna, fantastyczna, ciekawa i uczciwa. Jest napisana z ogromną empatią. Kapuściński dzieki niej przestanie na dobre być postacia mdłą, jakimś pierdolonym Janem Pawłem II polskiego reportażu, jakimś do wyrzygania słodkim Paulo Coelho od złotych myśli na temat świata. Mozna go znowu traktowac poważnie. Jak dla mnie, cudowna sprawa.

Mam też nadzieję, że mimo chwilowych erupcji pensjonarskich paroksyzmów wielce i wiecznie oburzonych chłopców i dziewczynek ("ach, mój boże, ach, dlaczego Domosławski nie opowiedział o Kapuścińskim tak, jak Kolęda-Zalewska o Szymborskiej") debata wokół książki będzie sie toczyc także na temat szkoły polskiego reportażu. Bo to jest bardzo, ale to bardzo ciekawy temat.

PS Czekałem na jego głos. I przemówił. Mój mistrz. Polski Jon Stewart:

Pisanie publikacji ukazujących prywatne życie, czy domniemane romanse Ryszarda Kapuścińskiego są działalnością na poziomie magla. Plotkarki są bardzo zainteresowane takimi informacjami. W środowiskach kultury pasjonują one mniej, bo przyjmuje się zasadę, że pewne kwestie pozostają w płaszczyźnie duchowości, spowiednika, dialogu z Bogiem.

Swoją drogą, to ciekawe, jakich Życiński zna "ludzi ze środowisk kultury" oprócz Zanussiego? Maje Komorowską i Piesiewicza?

niedziela, 17 stycznia 2010

Po obejrzeniu różnorakich występów Jacka Pałasińskiego, nie sądziłem, że jeszcze coś jest w stanie mnie zaskoczyć w TVN 24. Ups, pomyłka.

Oto ekspertem do spraw Haiti został tam wczoraj Jerzy Dziewulski. No serio. I jak przystało na eksperta wypowiedział się niezwykle kompetentnie. Dlaczego kompetentnie? Bo mówił o pistolecie i braniu za twarz, a przecież na czym jak na czym, ale na pistoletach i braniu za twarz to on sie zna jak mało kto.

No więc stwierdził miły pan Jerzy, że Stany Zjednoczone powinny właśnie złapac Haiti za twarz i że bez pistoletu i rozlewu krwi się nie obędzie, jeśli na Haiti ma zapanowac porządek. No. Pif paf. Jesteś martwy. Problem zostal rozwiązany. Czyż proste recepty nie sa piękne?

sobota, 02 stycznia 2010

miecznicka

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wszyscy byliśmy młodzi, Magdalena Miecznicka napisała w "Gazecie Wyborczej" tekst, po lekturze którego szlag mnie trafił, wystąpiła mi tu i tam piana, a z gardła dobył sie gulgot. Takie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie polemika naszej bohaterki z jednym dość głośnym swego czasu (tego czasu, kiedy wszyscy bylismy młodzi rzecz jasna) artykułem Michała Olszewskiego.

Olszewski twierdził w nim, że jest tu u nas w kraju raczej chujowo, a Miecznicka mu na to odpisała, że idiotycznie jest się czepiać tego, że jest chujowo, skoro w sumie jeszcze zbyt krótko jest chujowo, byśmy wiedzieli jak chujowo dopiero może być. I żeby się póki co nad sobą nie użalać, tylko chwalić uroki polskiego kapitalizmu. Tak mnie wówczas Magda M. wpieniła, że napisałem swój pierwszy w życiu tekst do prasy (za inspirację jestem pani Miecznickiej niezmiernie wdzięczny). Tekst był duszoszczypatielny w cholerę oraz - tak, tak, zgadliście - chujowy (natomiast wbrew pozorom to wulgarne słowo nie sponsoruje nam dziś notki), ale na szczęście zupełnie dziś nie do wyguglania. Ha!

Sentyment do koleżanki M. mi jednak pozostał, a po czasie stwierdziłem, że jest naprawdę dobrą dziennikarką: oryginalną, ostrą, nie pieprzącą się z przeróżnymi polskimi ludowymi mądrościami, stereotypami i stadnym myśleniem. Trzeba też powiedzieć, że pani Magdalena wciąż od czasu do czasu potrafiła odlecieć w kosmos i zirytować, ale, że już byliśmy starsi, to się aż tak tym nie denerwowaliśmy.

A jakiś czas temu Miecznicka napisała książkę. I jest to bardzo dobra książka. I własnie o tym jest ta notka. Nie ma w "Cudownej karierze Magdy M." żadnych porażających odkryć, wykrzykiwania na siłę "eureka!", popisywania się erudycją. Jest za to solidna, wciągająca powieść współczesna, są ciekawi bohaterowie, jest kawałek portretu pokoleniowego, trochę sentymentalizmu, szczypta krytyki społecznej (serio!) i kawał dojrzałej, swiadomej prozy dojrzałej świadomej kobiety.

Spore wrażenie zrobiła na mnie ta książka. Jak się ją porówna do twórczości Kapeli, Żulczyka albo Drotkiewicz, to wydaje się wybitna. Jak się zastasuje mniej karkołomne kryteria, to i tak wychodzi, ze jest to pozycja bardzo solidna. To jak jeszcze nie mieliście okazji, to polecam serdecznie.

PS Własnie znalazłem sobie recenzję Dariusza Nowackiego. Jejku, Nowacki nic z tej książki nie zrozumiał, Nowacki jej właściwie nawet nie przeczytał, bo trudno nazwać czytaniem  próbę natychmiastowego rozstrzelania powieści. Bez sądu i tak jakby lekko zza winkla. Tyle, że naboje Nowackiego są ślepe, och jak bardzo ślepe. Ta recenzja jest tak absurdalna, że właściwie nawet trudno sie przyczepić o coś konkretnego. Oj, zdaje się, że nie lubią krytycy jak ich nielubiane koleżanki krytyczki piszą bardzo dobre książki. Cóż, zawiść, ludzka rzecz. Bądźmy wyrozumiali.

czwartek, 31 grudnia 2009

huhuhu

O mój boże, to jest takie śmieszne. Nie mówiąc o tym, że o Nałęczu mam zdanie jak najgorsze po wywiadzie, w którym żenująco dystansował się od Ryszarda Bugaja - właściwie nawet nie chce mi się go googlać. Myślę, że kolega Tomasz ma dokładnie taki plakat, na jaki zasługuje.

03:26, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner