sobota, 19 grudnia 2009

...lutować kolegów Kalego źle.

Bo dziś w Poranku Tok FM publicyści oburzali się na to, jak strasznie "Super Express" potraktował senatora Piesiewicza. Generalnie uważam, że "Superak" przekroczył granicę, publikując ten cały efektowny teledysk z jego udziałem, poza tym na pewno nie zamierzam się faryzejsko oburzać, że ktoś tam brał koks, albo chodził w sukienkach - zwłaszcza chodzenie w sukienkach uważam za znakomity pomysł. Ale to, co zaprezentował w audycji Jacek Żakowski to naprawdę dość żenująca hipokryzja.

Bo doskonale pamiętam, gdy jakiś czas temu redaktor Żakowski ubawiony po pachy w tym samym radiowym poranku zachwycał się tą okładką "Super Expressu". Uszczypliwości na temat powiekszania piersi przez Kotecką (co oczywiście nie miało miejsca) końca nie było. Bardzo to mdlące.

02:28, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 grudnia 2009

No, drogie dzieci, pamiętacie jeszcze ten odlot? Tę euforię? To poczucie, że właśnie, hejża ha!, na waszych oczach rzeczywistość zmienia się w cudowność, w liberalność, w konieczność, dziejowość, wyjątkowość. Pamiętacie radość, pewność że do zbawienia prowadzi tylko jedna droga i my nią właśnie kroczymy na chwałę pana? I jak zabawnie było nazwać tę drogę reformą?

Tak to już 20 lat mija odkąd profesor Pill nakłonił nas z dobrotliwym uśmiechem (czy tam zmusił, jezu, co za różnica) do połknięcia cukiereczka z fabryki wujka Miltona. Przypominacie sobie tę niesamowitą lekkość z jaką ignorowaliśmy wszystkie upierdliwe burknięcia trzeźwych nudziarzy ględzących coś o tych bałwanach, którzy przedawkowali? Ach, złote czasy, wspaniała beztroska! Tęskno.

Tym bardziej, że profesor Pill nie powiedział nam wówczas o jednym: zejście po euforii wywołanej cuksem Miltona jest naprawdę cholernie bolesne. Te poty, te drżące ręce, ta pieprzona pustka w głowie. Słabo. I może właśnie z powodu ogólnego osłabienia i depresji przyjąłem powtórne przyjście profesora z nową torebeczką specyfiku sceptycznie. Ja już chyba nie chcę panie profesorze.

Bo mówi pan:

Gdy porównamy dwa kraje, kiedyś na podobnym poziomie rozwoju, z których jeden miał socjalizm, a drugi średnio sprawny kapitalizm - zawsze przegrywał ten pierwszy. Polska i Hiszpania w 1950 r. miały podobny dochód na głowę. 40 lat później nasz spadł do 42 proc. hiszpańskiego. Zły ustrój niszczy możliwości lepszego życia.

I wydaje mi się, że profesor Pill chwali generała Franco. A to nie jest towarzystwo, w którym chciałbym przyjmowac doustnie cokolwiek. Tym bardziej jak słyszę, że:

Udało się zrobić przełomową reformę przy stosunkowo niewielkich protestach. Ludzie wykazali się wielkim rozsądkiem. Można więc mówić o sukcesie.

I przypomina mi sie jak przez mgłę, że od czasu do czasu na przykład ludzie stryjka Cupiała z pomocą policji rozładowywali "niewielkie protesty" za pomocą gumowej pałki. Choć miło wiedzieć, że miewa pan lęki perfekcyjny profesorze Pill. Jest więc pan w jakiś sposób jednym z nas:

Tak, bałem się. Nie tego, że część ludzi będzie niezadowolona. Bardziej tego, że dawka lekarstw będzie za mała.

Ależ skąd profesorze! Nie była za mała, gdzieżby. Te tłumy, które po ich przyjęciu gwałtownie traciły równowagę są przecież na to najlepszym dowodem. Chociaż mówi pan:

Ludzie szybciej zmieniają swoje postawy, jeśli zderzą się ze zmianami, które uznają za nieodwracalne - "podoba mi się czy nie - muszę się dostosować"

Więc pewnie i tak ma pan ich w dupie. Choć pewnie pochlebia panu, że istnieja wciąż ludzie, którzy ciągle chcą więcej i więcej cukiereczków wujka Miltona, ludzie, którzy mówią:

Dziś również czekamy na polityka, który zmieni nasz świat

Bo kiedy oni tak mówią, pan, profesorze, może zareklamować skład ulepszonego specyfiku prosto z Chicago:

W Polsce panuje "paktomania", mit, że wszystko wymaga zbiorowych porozumień. Jeśli pakt da się zawrzeć szybko i na warunkach dobrych dla rozwoju kraju, to nie mam nic przeciwko. Ale z niektórymi ludźmi czy grupami interesów nie da się porozumieć. Trzeba mobilizować inne grupy - by zwiększyć poparcie dla zmian. Los reform nie może zależeć od liberum veto.

Generałowi Franco bardzo dobrze wychodziła ta mobilizacja, prawda panie Pill? I wzruszył mnie pan profesorze wyrozumiałością dla tych, co chamsko i niekompetentnie próbowali na własną rękę ulepszać recepturę wujaszka Miltona:

Oczywiście, ani Jacek Kuroń, minister pracy, ani jego podwładni nie mieli złej woli. Chcieli dobrze.

Ale spierdolili panu sprawę. Ja rozumiem pana zdenerwowanie. I tym bardziej podziwiam pana miłosierdzie profesorze Pill. Ujęło mnie też, że dotykają pana procesy przemijania, z żelazną konsekwencją wywodu już nie jest tak dobrze jak kiedyś. Bo raz mówi pan:

Lepiej umożliwiać ludziom przeprowadzkę tam, gdzie jest praca.

A zaraz potem:

Dziś z powodu socjalnych rozwiązań nadmiernie chroniących lokatorów prywatny kapitał obawia się do inwestować w mieszkania na wynajem. To przyczynia się do emigracji, bo łatwiej wynająć mieszkanie w Londynie niż w Warszawie.

No to migracja jest dobra, czy zła profesorze, bo się zgubiłem? Dobra jest ta w ramach danego kraju, a niedobra ta w ramach Unii Europejskiej. Bardzo to zawikłane.  Ale fajnie, że chociaż nie opuszcza pana poczucie humoru:

A czy w świecie bez pieniądza, tylko z wymianą "towar za towar", ludzie byliby moralnie lepsi? Nie. Badania małych plemion, które nie używają pieniądza, wykazują, że odsetek zabójstw jest tam wyższy niż w rozwiniętym świecie, gdzie jest pieniądz.

Bo to niemożliwe, żeby mówił to pan serio profesorze Pill. To musi byc żart, bo człowiek z tytułem naukowym zajmujący się nauką społeczną nie mógłby sobie pozwolić, by z całą powagą porównywać bliżej niesprecyzowane badania antropologiczne na kilkusetosobowych plemionach ze statystykami dotyczacymi wielomilionowych populacji. Naraziłby sie bowiem na totalną kompromitację. A pan przecież nie chciałby być uznany za matołka, ewentualnie manipulatora, prawda? Profesorze?

Istota wolnego społeczeństwa polega na tym, że można sobie wybierać styl życia. Jeśli ktoś nie chce kapitalistycznego indywidualizmu, to może wejść do wspólnoty w rodzaju izraelskich kibuców. Takiego wyboru dokonuje jednak w Izraelu mniej niż 2 proc. społeczeństwa. To jest górna granica dobrowolnego socjalizmu w normalnym społeczeństwie.

Mhm. No tak, po tej wypowiedzi nabieram wątpliwości. Panu chyba naprawdę zależy na tym, by sie publicznie ośmieszyć. Pana sprawa, profesorze Pill. A za cukiereczek Miltona dziękuję. Znalazłem lepszego dilera.

02:16, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 grudnia 2009

Dobrze wiedzieć, że w oceanie prawicowej szajby zalewającej Izrael pływa jeszcze sporo ludzi, którzy troszczą się o prawa człowieka. Dobrze wiedziec i trzymać za nich kciuki.

czwartek, 10 grudnia 2009

Pomysł na taki konkurs piękności mógł się narodzić tylko w Wenezueli. Miejscu kompletnie pieprzniętym na punkcie specyficznie pojmowanej cielesnej doskonałości, implantów i wyborów miss. Kraj rządzony przez Hugo Chaveza ma już monopol na wygrywanie wszechświatowych zawodów na najpiekniejsza panią, teraz przyszedł czas na panów. Na grubych panów. Na bardzo grubych panów w kieckach.

No bo Rory Carroll opisał w Guardianie pewną spektakularną bitwę o tytuł królowej piekności. Na scenie roi sie o transwestytów w bikini, z mega brzucholami wylewającymi się zza majtek, szczęśliwych jak cholera. No i jeszcze to:

As a socialist and a revolutionary I disapprove of pageants as a meat parade, but tonight's show is different. It's about transformation

To mówi Gabriel Silva, jeden z organizatorów konkursu. Cóż za transseksualna transgresja. No piękne. A piękne wygląd atak:

 

sobota, 28 listopada 2009

No. To będzie bardzo długi tekst. Długi i nudny, ze hej. Ale jak tu nie napisac absurdalnie sążnistego tekstu, jak się zgadzam z Jarosławem Kaczyńskim? Bo szara sieć istnieje. Rzeczywiście mamy w Polsce od dawna bardzo zgraną i efektywną – choć nieformalną - koalicję rządzącą. Swoiste polityczno-dyskursywne porozumienie między większością mediów, wpływowych środowisk i autorytetów prawniczych. Choć jego skład jest zupełnie różny od tego z wyobrażeń byłego premiera.

1.

Oto ostatnio rzeczony twór zaprezentował się publicznie w następującym składzie: konserwatywni publicyści, telewizja publiczna, Episkopat Polski, były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego. Do działania natchnął ich wyrok Europejskiego Trybunału  Praw Człowieka uznający, że krzyż wiszący w jednej z włoskich szkół publicznych narusza prawa jej uczniów oraz ich rodziców. Jak na sprawną drużynę przystało, członkowie rządzącej nad Wisłą koalicji dyskursywnej sprawnie podzielili się rolami: jedni histerycznie bili na trwogę, drudzy z pasją atakowali przeciwnika, inni zaś udawali, że chodzi im jedynie o konsensus i tolerancję. Jednak z tego wielogłosu wyłaniał się jasny, ideologiczny i dość przerażający przekaz: w Polsce większość  winna mieć zagwarantowane prawo do bezwzględnej dominacji, a rozmaite mniejszości – oczywiście w duchu kompromisu i poszanowania – muszą się do tego prawa dostosować.

Schemat podziału ról na radykałów i umiarkowanych jest zawsze ten sam, a jego skuteczność została już wielokrotnie przetestowana. Za każdym razem właśnie w ten sposób katolicka większość w Polsce narzucała swoje zasady pozostałym obywatelom, domagając się jednocześnie od mniejszości wdzięczności za swą domniemaną zdolność do kompromisu. Bo przecież co prawda mamy religię w szkołach i wszechobecne krzyże w instytucjach publicznych, ale przecież nie wprowadzono obowiązku modlitwy. Bo niby mamy zakaz aborcji, ale z teoretycznymi wyjątkami. Co prawda  z powodów ideologicznych nie mamy edukacji seksualnej i refundacji środków antykoncepcyjnych, ale za to apteki mogą je sprzedawać bez obaw. Choć nie ma mowy o wprowadzeniu związków partnerskich dla osób tej samej płci, to przecież nie wtrącamy homoseksualistów do więzienia.

2.

Tak krok po kroku spycha się osoby nie spełniające rozmaitych norm większości na margines życia społecznego, decyzją po decyzji w sposób wyrafinowany utrudnia się im codzienne funkcjonowanie, kolejnymi aktami prawnymi, gestami, wypowiedziami pokazuje się im, że tak naprawdę nie są u siebie. Jasne, jest to dominacja aksamitna, nie żyjemy w państwie wyznaniowym, ale doprawdy dla rozmaitych grup – od ateistów do homoseksualistów – jest to raczej marne pocieszenie. Zwłaszcza jeśli przeczytali opublikowany w „Gazecie” wywiad z prof. Jerzym Stępniem. Oto wybitny prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, by uzasadnić powszechną obecność krzyży w instytucjach publicznych przeinacza pojęcia, stosuje fałszywe analogie i proponuje rozwiązania, od których włos się jeży na głowie.

„Byłoby najlepiej, gdyby społeczność szkolna zdecydowała się na umieszczenie znaków innych religii – półksiężyca, gwiazdy Dawida – w salach lekcyjnych” - tak prof. Stępień proponuje rozwiązać problem osób, dla których krzyż w szkole publicznej stanowi problem. To – abstrahując od kwestii, co mieliby sobie powiesić ateiści, portret Richarda Dawkinsa? - bardzo wygodna propozycja z punktu widzenia przedstawiciela grupy dominującej. Wygodna głównie z tego powodu, że żaden muzułmanin nie zgłosi propozycji zawieszenia w klasie półksiężyca – po prostu  nie pełni on roli jakkolwiek porównywalnej do krzyża w religii chrześcijańskiej.

Jakie więc koncesje musiałaby poczynić publiczna szkoła, by zrównoważyć obecność krzyża w klasie? Ano na przykład tak zmodyfikować swoje funkcjonowanie, by umożliwić muzułmanom przestrzeganie zaleceń filarów islamu, które w tej religii są formą okazywania wiary. Skoro uczeń chrześcijański  może przeżegnać się przed krzyżem, uczeń muzułmański powinien mieć prawo do południowej modlitwy (należałoby więc zmodyfikować plan lekcyjny) i przestrzegania Ramadanu (a więc stołówka szkolna nie powinna we wrześniu wydawać posiłków). To byłyby właściwsze analogie od tej, którą zastosował Jerzy Stępień, ale one nie brzmią już w katolickim uchu tak cudownie prosto i bezboleśnie, nieprawdaż?

To, co jeszcze mówi w rozmowie z Katarzyną Wiśniewską były prezes Trybunału Konstytucyjnego każe się zastanowić, czy rzeczywiście był swego czasu właściwą osobą na właściwy miejscu. Oto panu profesorowi z łatwością przychodzi stwierdzenie, że wyrok europejskiego Trybunału dotyczy przestrzeni publicznej w ogóle, a nie w szczególności instytucji publicznych. A jak już się taką opartą na fałszywych przesłankach tezę postawi, to niedaleko stąd do publicystycznego larum wielu dziennikarzy, że oto ta straszna Europa niedługo rozkaże nam burzyć kościoły.

Czytamy jeszcze w rzeczonym wywiadzie propozycję Stępnia, by stosunki państwo kościół oprzeć na polskich doświadczeniach sprzed 400 lat oraz tezę, że mamy obecnie nad Wisłą do czynienia z naturalnym procesem „przywracaniem krzyża” po latach komunizmu, ale i tak najbardziej szokująca część wypowiedzi profesora jest jeszcze przed nami. Bo co zrobić z pacjentami nie katolikami, którym przeszkadza krzyż w szpitalu? „(...) gdyby komuś w sali ten znak bardzo przeszkadzał, to może  należałoby go przenieść do innej” - proponuje pan sędzia. To jedna z lepszych definicji aksamitnej dominacji, z którą mamy do czynienia w Polsce: przeszkadza ci krzyż? Trudno, ze szpitala cię nie wyrzucimy, ale idź sobie leżeć gdzie indziej. A że sal bez krzyża akurat u nas brak, położymy cię na korytarzu. W porządku. Szkoda tylko, że prezes Stępień nie wyjaśnił jak jego pomysł ma się do art. 53 polskiej konstytucji.

3.

Gdybyście jeszcze nie wiedzieli, drodzy ateiści, innowiercy, geje, lesbijki, to rządząca Polską koalicja dyskursywna chce naszego dobra. Chce nas za pomocą krzyża obronić, uchronić przed nadciągającym nieuchronnie szariatem, który już za chwilę, za momencik zostanie w Europie wprowadzony. Przeszkadza ci krucyfiks feministko? Czekaj, czekaj, zaraz przyjdzie zły Talib i ubierze cię w burkę. To naprawdę fascynujące, jak od czasu słynnego eseju „Wściekłość i duma” Oriany Fallaci, nikt już nie wstydzi się wyrażać swojej podszytej rasizmem islamofobii. Nie trzeba nic wiedzieć, nie wolno przejmować się rzeczywistością, wystarczy się bać, nienawidzić i z gracją dawać upust swym resentymentom.

Oto Michał Karnowski odkrył w Poranku Radia Tok Fm, kto stoi za wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Otóż stoją za nim oni, nasi kolonizatorzy. Bo kto wniósł skargę na krzyż? Muzułmanka (która zresztą okazała się tak naprawdę pochodzącą z Finlandii ateistką). A skoro już to Karnowski odkrył, to dalejże, popłynął dalej: że ekspansja, że jak nie my ich to oni nas, itd., itp. A publicysta „Polski The Times” nie jest sam – teza o nieuchronnej konfrontacji chrześcijaństwa z islamem pojawiają się coraz częściej w głównym nurcie polskiej debaty publicznej.

Zaczyna tu działać klasyczny mechanizm: tak jak mamy nad Wisłą antysemityzm bez Żydów, tak dorobiliśmy się również islamofobii bez muzułmanów. I obydwie te postawy służą do realizowana własnych politycznych i ideologicznych celów. Tak jak antysemita wszędzie widzi bogatego Żyda, co bezczelnie panoszy się w kolejnych rządach i zagarnia dla siebie przynależne nam dobra, z czym trzeba wreszcie skończyć, tak islamofob wszędzie widzi radykalnego muzułmanina, który rozmnaża się na potęgę, rytualnie morduje kolejne żony, a w piwnicy konstruuje bomby z wąglikiem, przed czym, jasna sprawa, trzeba się  bronić. Problem w tym, że taki obraz społeczności muzułmańskiej zupełnie nie przystaje do realiów.

Według opublikowanego rok temu wielkiego badania koordynowanego przez portal WorldPublicOpinion.org większość Turków, Palestyńczyków, Jordańczyków i Egipcjan opowiada się za wolnością wypowiedzi, uważa, że ważne lub bardzo ważne jest równe traktowanie wszystkich religii, że ONZ powinna aktywnie zabiegać o przestrzeganie Deklaracji Praw Człowieka. Z kolei lipcowy 25-Nation Pew Global Attitudes Survey pokazuje, że poza Nigerią i Autonomią Palestyńską zaufanie do Osamy Bin Ladena w krajach muzułmańskich nigdzie nie przekracza 30 procent. O żywotności demokratycznych ideałów w Iranie moglismy się przekonać podczas zielonej rewolucji.

Tymczasem islamofob bez końca będzie przypominał wygwizdanie Marsylianki podczas meczu Francja - Tunezja. Będzie wyolbrzymiał każdą pojedynczą sprawę honorowego zabójstwa, choć gdyby przyjrzeć się temu, jak sprawa przemocy domowej wygląda w katolickiej Polsce, okazałoby się pewnikiem, że nie prezentujemy się znacząco lepiej od, powiedzmy, diaspory muzułmańskiej w Holandii. Demonizowanie islamu służy temu, byśmy z życzliwością spojrzeli na spektakularna obecność religii katolickiej w polskim życiu publicznym. To swoista „zabawa w dobrego Stalina”: mógł zabić, a tylko kopnął.

4.

W czerwcu biskup Tadeusz Pieronek w „Gazecie Krakowskiej” opublikował tekst „Mamy polskich Talibów?”, gdzie jasno wyłożył filozofię, według której krzyże funkcjonują w instytucjach publicznych: „Skąd się wziął ten samorodek nietolerancji, powołujący się na zasadę rozdziału Kościoła od państwa w Polsce, któremu przeszkadzał krzyż w lokalu wyborczym, choć wisi on w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej i w wielu instytucjach i urzędach państwowych?” - napisał hierarcha oburzony zachowaniem przewodniczącego jednej z krakowskich komisji wyborczych, który miał czelność na czas głosowania zdjąć krzyż ze ściany.

Żeby było ciekawiej, krucyfiks wisiał w tym miejscu, ponieważ na co dzień jest ono świetlicą publicznej szkoły. Co robił krzyż w szkolnej świetlicy? To proste. Skoro jest w Sejmie i „w wielu instytucjach państwowych” to niby dlaczego nie w świetlicy? A skoro już jest w świetlicy, to dlaczego nie na sali gimnastycznej? Biskup Pieronek doskonale pokazał na czym polega subtelna taktyka eskalacji w systemie światopoglądowej aksamitnej dominacji.

Wydaje się, że wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka jest dobrym momentem by zerwać z hipokryzją, by przestać udawać, że w Polsce są przestrzegane art. 25 i 53 konstytucji. Bo krzyż w Sejmie powinien znajdować się tylko w parlamentarnej kaplicy, krzyż w publicznej szkole powinien być zawieszany tylko na czas lekcji religii, krzyże w instytucjach państwowych są po prostu kpiną z prawa.

Zwolennicy krzyży w publicznych szpitalach powinni się zastanowić nad zależnością między obecnością krucyfiksu, a prawdopodobieństwem zgody lekarza na przeprowadzenie legalnej aborcji u zgwałconej dziewczyny. Od tych, którzy twierdzą, że krzyż jest symbolem kulturowym wypadałoby oczekiwać obrony Doroty Nieznalskiej, która go właśnie jako symbol kulturowy potraktowała. A wszyscy ci członkowie dyskursywnej koalicji rządzącej, którzy tak bohatersko bronią symbolu swojej wiary powinni mieć odwagę zaproponować takie zmiany w ustawie zasadniczej, by wreszcie wisiał on legalnie w instytucjach publicznych i poddać swój projekt pod referendum (na pewno znalazła by sie wystarczająca większość złożona z parlamentarzystów PO, PiS i PSL). To może wtedy wreszcie się dowiemy, w jakim żyjemy państwie.

00:47, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 23 listopada 2009

Oto do czego doprowadzają lewackie mżonki i konsekwentne pądążanie drogą Ulbrichta, Kadara i Castro, oto jak Hugo Chavez dopisuje nowy rozdział do marksistowskiego style booka: zabrania śpiewać!!11!! Żadnego C-dur, żadnej pracy przepony, nic się śpiewnego z gardła  Wenezuelczykom wydobyć nie może.

Ani to:

Ani to:

Ani w ogóle nic.  No na razie zakazał wprawdzie śpiewania pod prysznicem, ale wszyscy przecież wiemy do jakiego rodzaju eskalacji prowadzą początkowo niewinnie wyglądające zachcianki dyktatora.

Do mniej więcej takich wniosków jak powyżej doszedł ostatnio Gerald Warner, nowo objawiony intelektualny tuz europejskiej żurnalistyki. Tuz to nawet za mało powiedziane. Właściwie jest on tuzem nad tuzy. Wielkim, ogromnym, monstrualnym. Tak normalnie wyrafinowanym, że kłopot sprawia mu już przeczytanie ze zrozumieniem prostego artykułu w gazecie, w której pracuje.

Bo wynika z niego jedynie, że Chavez wezwał do tego, by w miarę możliwości oszczędzać wodę, spędzać pod prysznicem około 3 minut i nie nucić w tym czasie, bo ja wiem, jednej z suit Jethro Tull. No. - To nie są czasy jacuzzi - rzekł Hugon.

Wezwania do oszczędzania wody nie są raczej zbyt oryginalne ostatnio. O jednym takim pomyśle pisał na przykład w wakacje Tierra Latina. No ale generalnie dla kolezanek i kolegów z Daily Telegraph albo z Miami Herald to są wszystko komunistyczne hocki klocki.

A ja tymczasem, jeśli pozwolicie, zrobie unik i pójde sobie nalać wodę do wanny. Ona się wydaje taka umiarkowana. Ta wanna.

sobota, 21 listopada 2009

A własnie słucham sobie konferencji prasowej Donalda Tuska i przypomniało mi się, że dwa lata temu, w grudniu 2007, napisałem tekst, który pasuje jak ulał do występu premiera. To pozwolicie, ze kabotyńsko zacytuję jego obszerne fragmenty.

Pierwsze tygodnie po wyborach parlamentarnych upłynęły w polskiej polityce pod znakiem swojskich sporów pomiędzy premierem, a prezydentem. Swojskich, bo zgodnie z wieloletnią tradycją angażujących opinię publiczną w rozstrzyganie fascynujących, lecz drugorzędnych łamogłówek dotyczących na przykład szorstkiej przyjaźni, naburmuszenia prezydenta, złości premiera, poruszania się poszczególnych ministrów w czasoprzestrzeni, czy przepływu faksów pomiędzy kancelariami najważniejszych w państwie urzędów.

Gdy przed laty podobne konflikty dotyczyły spierających się w dość aksamitny sposób z prezydentem Kwaśniewskim premierów Buzka i Millera, łatwo było przegapić ich absurdalność. Kiedy jednak dziś toczą się w atmosferze niezwykle gorącego konfliktu politycznego, łatwiej możemy dostrzec, że umocowanie konstytucyjne relacji pomiędzy premierem i prezydentem działa destruktywnie na scenę polityczną. Dla jej przejrzystości, funkcjonalności i sprawności wydaje się niezbędne rozpoczęcie debaty nad zmniejszeniem roli prezydenta w życiu politycznym.

Funkcja prezydenta RP działa na polskich polityków niczym wawelski czakram. Wzbudza ogromne emocje, przyciąga ich i fascynuje jakąś nieziemską mocą. Ta niezwykła i magiczna siła najwyższego urzędu wpływa jednak fatalnie na codzienną praktykę polityczną i wręcz unicestwia w zarodku wszelkie próby konstruowania długofalowych strategii politycznych. Trudno bowiem oczekiwać od urzędującego premiera wyrazistych i odważnych działań, jeżeli za trzy lata zamierza on wziąć udział w wielkim i kosztownym medialnym festiwalu populizmu zwanym dla niepoznaki wyborami prezydenckimi.

Jednak gwałtowne skrócenie perspektywy rządzenia to nie jedyny defekt sytuacji, w której po wyborach parlamentarnych na horyzoncie majaczy już kampania prezydencka. Innym negatywnym skutkiem takiego stanu rzeczy jest bowiem permanentne rozregulowanie sceny politycznej. Najbardziej gwałtowne urzeczywistnienie tego zjawiska mogliśmy obserwować dwa lata temu, kiedy w dużej mierze za sprawą wyborów prezydenckich w ciągu kilkunastu dni w proch i w pył rozpadła się zapowiadana solennie i z najwyższą powagą koalicja PO-PiS

Powyższy trend znacznie osłabiłoby przekazanie wyboru prezydenta RP w ręce Zgromadzenia Narodowego. Wybierana przez posłów i senatorów głowa państwa o okrojonych na wzór niemiecki kompetencjach przestałaby być tak podniecającą dla polityków zabawką - być może wtedy stałaby się wreszcie czynnikiem stabilizującym sytuację polityczną, a nie źródłem kolejnych wojen na górze. Natomiast większość parlamentarna przez trzy lata mogłyby się zająć rządzeniem i tylko przez rok (poprzedzający kolejne wybory parlamentarne) intensywną autopromocją, a nie, jak ma to miejsce w tej chwili, na odwrót.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której Donald Tusk ogłasza, że nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich 2010, a Platforma Obywatelska podejmie wysiłki w celu zmiany konstytucji, ograniczenia roli prezydenta i zmiany zasad jego wyboru.

Jednym ruchem premier uciąłby w ten sposób wszelkie spekulacje na temat swoich ambicji prezydenckich, które w innym wypadku intensyfikowałyby się z miesiąca na miesiąc, paraliżując w znacznym stopniu działania jego rządu . Po wtóre taka deklaracja dałaby się zręcznie sprzedać propagandowo jako chęć ukrócenia kłótni polityków, które tak bardzo irytują Polaków. Platforma pewnie mogłaby dla swojego pomysłu zyskać umiarkowaną przychylność zarówno PSL jak i LiD, które w przewidywalnej przyszłości nie będą miały szans na sukces swoich kandydatów. Jednocześnie, ponieważ przeprowadzenie takiej zmiany w obecnym parlamencie jest niemożliwe, PO mogłaby zapowiedzieć wystawienie w przyszłych wyborach prezydenckich poza partyjnego autorytetu, kogoś w rodzaju Władysława Bartoszewskiego, ale nie jako kandydata na pięć lat, tylko jako swoistego likwidatora urzędu prezydenckiego w obecnym kształcie.

Taka zapowiedź wprawiłaby zapewne w konfuzję PiS, oznaczałaby bowiem, że - po pierwsze - najbliższe wybory prezydenckie nie będą starciem dwóch Polsk i sądem nad koalicją PO-PSL jak chcieliby spin doctorzy Prawa i Sprawiedliwości, ale raczej estetycznym plebiscytem nad sposobem sprawowania funkcji prezydenta i jego roli w życiu publicznym. A taki plebiscyt Lech Kaczyński z dużym prawdopodobieństwem przegra. Po drugie: takie rozwiązanie byłoby schwytaniem obecnego prezydenta w pułapkę: im bardziej atakowałby rząd Platformy, tym bardziej potwierdzałby jej diagnozę i postulat zmiany. Po trzecie: wybory prezydenckie stałyby się rozgrzewką przed wyborami parlamentarnymi – w razie zwycięstwa kandydata PO za rok ci sami wyborcy głosowaliby na partię Tuska, by ta dokończyła rozpoczętą ustrojową zmianę.

15:01, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 listopada 2009

Tenner jechał z Ohio do Waszyngtonu osiem godzin wraz z żoną Raquel, Peruwianką. - Ona na własne oczy widziała, jak powstaje socjalizm w Wenezueli u Chaveza - mówi mi Haymond. To Raquel zrobiła potężny model Kapitolu z Pelosi, Obamą i szefem Demokratów w Senacie Harrym Riedem jako biegającymi po budynku szczurami.

Ubawiłem się, ale nie wiem o co chodzi. Że dla mieszkańców stanu Ohio Ameryka Łacińska to takie jedno wielkie państwo?

 

22:16, czerwoneiczarne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 października 2009

zapatero goth

No i proszę, jakie premier Jose ma zbuntowane i zadumane parszywą egzystencją na tym łez padole córki. Nie wiem, dlaczego Zapatero nie chciał, by to zdjęcie opublikowano w hiszpańskiej prasie, bo jest przecież urocze.  Nie wiem również, która z panien jest Laurą, a która Albą, natomiast chylę czoła przed demonicznym spojrzeniem córki jasnowłosej. Oraz kiedy zobaczyłem to zdjęcie po raz pierwszy, byłem przekonany, że to jest fotomontaż z wklejonymi bohaterkami rodziny Adamsów. Ale okazało się, że nie. I git.

Byłem w 2003 roku na festiwalu Castle Party w Bolkowie i zapewniam, że jest tam wystarczająco dziwnie, by córki Zapatero czuły się na tej imprezie jak u siebie w domu. Jakkolwiek to brzmi. Także hipotetyczna wizyta Jose w naszym kraju powinna być czasowo skorelowana z kultową goth imprą.

 

 

piątek, 04 września 2009

Skoro w poprzedniej notce ostro pojechałem po Hugo Chavezie, to teraz go troche pobronię. A żeby było zabawniej, to będę go bronił przed Slavojem Žižkiem. Bo właśnie przed chwilą skończyłem nadrabiać zaległości i przeczytałem wywiad Macieja Stasińskiego ze słoweńskim filozofem, który opublikowała ubiegłotygodniowa "Gazeta Świąteczna".

No, Žižek jak to Žižek w swych medialnych wcieleniach: nieodmiennie błyskotliwy, prowokujący, niespójny i zaprzeczający sobie w co drugim zdaniu, ale uroczy jak cholera. I przecież za to go lubimy, nieprawdaż? Ale tak się akurat złożyło, że w rozmowie dla Świątecznej kolega Slavoj wypowiedział kilka bezsensownych zdań na temat Hugo Chaveza. Chociaż również jestem coraz bardziej krytycznie nastawiony do boskiego Hugona, to jednak wciąż irytują mnie brednie wypowiadane na jego temat. A jeśli wypowiada je facet, który był kojarzony jeszcze niedawno z sympatią dla wenezuelskiego prezydenta, to jednak trzeba by parę rzeczy sprostować. A tak na marginesie to jestem ciekaw, czy Žižek autoryzuje te wszystkie wywiady, czy to może jakieś mroczne techniki hipnotyczne Macieja Stasińskiego spowodowały, ze powiedział to, co powiedział... Zresztą nieważne, przejdźmy do rzeczy.

Rzecze Slavoj:

Sam nie mam żadnych złudzeń co do Chaveza. Moim zdaniem chyli się ku upadkowi. Już używa armii, żeby farmerzy nie mogli eksportować żywności, wskazuje, które książki są dobre, a które nie. Zakazał emisji serialu "Simpsonowie", bo to rzekomo raniło moralność społeczeństwa. To taki Fidel Castro, ale bogaty. On gra kartą antyamerykańską za amerykańskie dolary, bo sprzedaje USA ropę.

Zacznijmy od poczatku, od biednych farmerów przeciwko którym Chavez "użył armii". Žižkowi chodzi zapewne o sprawę ze stycznia 2008 roku, kiedy w swoim przemówieniu Chavez zagroził nacjonalizacją prywatnym zakładom mleczarskim, jeśli nie zaczną dostarczać mleka na rynek krajowy, zamiast tego sprzedając je za wyższą cenę na rynki zagraniczne. Zagroził także, że w razie oporu, "nie zawaha się użyć wojska". Z tego co mi wiadomo, wojska nie użył i masakry "biednych farmerów" nie dokonał, co nie przeszkadza oczywiście Slavojowi twierdzić, że było dokładnie odwrotnie. Żeby było śmieszniej w tym samym czasie, kiedy wenezuelski prezydent wypowiadał swoje groźbyy, Žižek napisał tekst, gdzie wychwala Chaveza, pisząc m. in.:

Warto zwrócić uwagę, że droga, na którą w 2006 roku wszedł Hugo Chávez, jest całkowitym przeciwieństwem sposobu wybranego przez postmodernistyczną lewicę: nie stawiał oporu władzy, tylko po nią sięgnął. I najstraszniejsza rzecz: teraz, kiedy odczuł ekonomiczne skutki "oporu" kapitału wobec jego rządów (tymczasowe niedobory niektórych towarów w subsydiowanych przez państwo supermarketach), ogłosił plan połączenia 24 popierających go partii w jedną. Nawet niektórzy spośród jego sojuszników sceptycznie odnieśli się do tego pomysłu. To ryzykowne posunięcie zasługuje jednak na pełne poparcie (...)

Prawda, że zabawne? Ok, to jedziemy dalej. "Simpsonowie". Oczywiście Chavez nie zakazał pokazywania tego serialu. To znowu - komiczne sie to robi coraz bardziej - sprawa z początku ubiegłego roku. Wenezuelska telewizja Televen ogłosiła, że z powodu skarg wielu widzów zaprzestaje odtwarzania "Simpsonów" o 11 rano, gdyż jest to nieodpowiednia pora na wyświetlanie kreskówki skierowanej raczej do starszych widzów. Na jego miejsce wszedł - ha ha - "Słoneczny Patrol". Co ma z tym wspólnego Chavez? No dalibóg nie wiadomo. Ale słoweński filozof niestety ośmiesza sie jeszcze bardziej, bo - tak, tak, zgadliście - telewizja Televen po prostu przesunęła "Simpsonów" na późniejszą porę. Teraz pokazuje serial o godzinie 20.

Teraz książki. Owszem wskazywanie, przez głowę państwa, jaka literatura jest cacy, a jaka be, jest kuriozalne. Warto jednak zwrócić uwagę, że skoro najpierw Chavez "nauczył" biedotę czytać (tu możecie znaleźć statystyki UNESCO na ten temat, a w skrócie: Adult Literacy Rate / 1990: 89,8 proc / 2001: 93 proc. / 2007: 95,2), to może nie ma nic specjalnie złego w tym, że zasugeruje jej również, co jego zdaniem czytać powinna. Niech inni proponują własną listę lektur - what's the problem?

Uff. Uwag Slavoja, że jak się z kims handluje to nie można go krytykować oraz jego paternalistyczno bełkotliwego zdania o "faszystowsko-populistyczno-lewicowym latynoamerykańskim reżimie" (WTF?) nie będę komentował, bo wydaje mi się, że komentują się same. No, naprawdę, Maciej Stasiński musi mieć ogromną moc, ze w jego towarzystwie inteligentny, fajny facet w krótkiej wypowiedzi tak odlatuje w kosmos. No. A ze zdaniem Žižka, że Chavez chyli sie ku upadkowi akurat się zgadzam. Ale nie znaczy to jeszcze, żeby gadać o wenezuelskim prezydencie niestworzone głupoty.

PS Pojawił się trailer "South of the Border" filmu Olivera Stona o "Chavezie i południowoamerykańskiej rewolucji". Zajawka filmu jest bardzo zachęcająca, a przebitki gadających głów z amerykańskich mediów (gadających o Chavezie) sprawiły, że szczeka mi opadła, musze przyznać.

PS2 Oho: Ameryka Łacińska protestuje przeciw Chavezowi

Za PAP:

Protest w stolicy Hondurasu poprowadził pełniący urząd prezydenta Roberto Micheletti, który po przewrocie w państwie zastąpił na stanowisku Manuela Zelayę, sojusznika Chaveza. "Jeśli polityk próbuje pozostać u władzy trzymając się dyktatora, takiego jak Chavez, to mu się to nie powiedzie" - powiedział Micheletti. "Powstrzymamy go" - dodał.

Ja już pomijam kuriozalny tytuł (jeśli PAP chciałaby zachować proporcje, to notkę o niedawnych protestach paru dziwnych gości przeciwko koncertowi Madonny powinna zatytułować: Cała Polska protestuje przeciw Madonnie), ale jeśli autor bezczelnego antydemokratycznego przewrotu - akcji jakby żywcem wyjętej z dawnej, smutnej politycznej historii Ameryki Łacińskiej - firmuje te protesty, to jest to dobry powód, żeby jemu i wszystkim demonstrantom powiedzieć staropolskie "wypierdalać".

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner