poniedziałek, 31 sierpnia 2009

cha cha

Dobrze, umówmy się, że kiedy wenezuelska prokurator generalna mówi o antyrządowych demonstracjach jako o "aktach wymierzonych w stabilność państwa", a po jej słowach następują zatrzymania niektórych liderów opozycji, to zaczyna się robic mało zabawnie. Jesli do słów i czynów pani Luisy Ortegi Diaz dodamy jeszcze niedawne zamieszanie z zamykaniem lokalnych stacji radiowych, by "zwrócić je ludowi", to otrzymamy mało zachęcający obraz ewolucji rządów Hugo Chaveza.

Wygląda na to, ze boski Hugo nie potrafi się zatrzymać. To, co było niegdyś jego zaletą - to jest brak typowo europejskich lewicowych strachów przed naruszeniem status quo i odwaga sięgania po polityki, które niby to wydawały sie nie do pomyślenia z obawy przed "reakcją rynków finansowych", czy "zagranicznych inwestorów" - w tej chwili przeradza się w przekleństwo. Jego rządy zaczynają przypominac jakąś dziwaczną wariację na temat permanetnej rewolucji. Wenezuelski prezydent zdaje się gardzić jakimkolwiek rodzajem politycznej stabilizacji, słowa niuans i kompromis chyba na dobre wyparowały z jego słownika.

W niezbyt dobrych dla gospodarki wenezuelskiej czasach i w chwili, gdy konstrukcja rewolucji boliwariańskiej zaczyna przypominac wieczne i coraz bardziej rdzewiejące rusztowanie, postawione może i w chwalebnych intencjach, ale będące już coraz bardziej fasadą, aż się prosi o uspokojenie politycznej atmosfery. Wypadałoby raczej spróbować wciągnąc opozycję do rządzenia (pewnie i tak by się nie udało, ale politycznie liczyłaby się sama próba), choćby po to, by trochę rozmyć odpowiedzialność za wenezuelskie skutki światowego kryzysu. Zamiast tego Chavez wybrał polityczną, hardcorową inwazję, inwazję póki co, z pragmatycznego punktu widzenia, skuteczną.

Obawiam się jednak, że po obecnej serii spektakularnych pyrrusowych zwycięstw Hugo Chavez wyląduje na ostatnim miejscu w tabeli i rychło spadnie do drugiej ligi. I nikt za jego degradację nie da najmniejszego, złamanego faka, bo pozbawiony romantyzmu i coraz bardziej wpadający w nacjonalistyczne narracje Chavez będzie już tylko niezbyt sprawnym przywódcą o autorytarnych ciagotach, z którym kiedyś może i wiązano jakieś nadzieję, ale "cotokogoterazobchodzi".

Ulrika Meinhoff napisała kiedyś słynne zdanie, że "wszyscy mówią o pogodzie, my nie". To dość gorzko zabawne jak Chavez staje się właśnie jednym z czołowych "wicherków", co to o pogodzie nawijają nieustannie -  to jego energiczne tłuczenie w nacjonalistyczny bębenek, to jego opowiadanie o spiskach połączone z rodzajem konserwatywnej opowieści, według której "może i nie jest za dobrze, ale nie da sie nic zrobić bo to i tamto"...

Tak jak w Niemczech Zachodnich lat 60. "tym i tamtym" było zagrożenie ze strony bloku sowieckiego i fałszywa, służaca do petryfikacji chorego systemu, troska o demokratyczne, swieże fundamenty Republiki Federalnej, tak u Chaveza jest to zagrożenie ze strony USA i troska, także fałszywa, o utrwalenie zdobyczy rewolucji boliwariańskiej. Chavez coraz mniej staje się politykiem, a coraz bardziej Wielkim Biurokratą stojącym na straży zbudowanego przez siebie systemu. Szkoda.

Choc oczywiście zdaję sobie sprawę, że trudno prowadzic sprawną, skuteczną politykę w tak skrajnie wrogim otoczeniu w jakim działa w Wenezueli nasz bohater z obrazka. W sytuacji gdy przygniatająca większość elit za nadrzędny cel - właściwie od poczatku rządów Hugona - obrała sobie usunięcie go z urzędu, nie jest łatwo funkcjonować. Chavez - jako odpowiedź na tę sytuację - zamiast kompromisów, wybrał konfrontację, zamiast próby przekonania do siebie częsci elit wybrał wykształcenie elity własnej, nowej, oraz, ho ho, boliwariańskiej. Ze średnim skutkiem.

O ile w pierwszej fazie jego rządów ten wybór był bardzo racjonalny, pokazywał, że el presidente nie zamierza być malowanym przywódcą od machania flagą i i wygłaszania lewicowych frazesów w telewizji, że zamierza prowadzić prawdziwą politykę, to w pewnym momencie wenezuelski prezydent przegapił moment, żeby się zatrzymać i wyciagnąć rękę do politycznych przeciwników. Zamiast tego postawił na coraz bardziej kuriozalny radykalizm przyjmujący postać chóru z greckiej tragedii: liczba i ciężar słów stają się odwrotnie proporcjalne do ciężaru i liczby czynów. W ten sposób boski Hugon uzależnił się kompletnie od tworu, który powołał na świat, a nowa, stworzona przez rewolucję Chaveza, wenezuelska elita bardzo szybko okopała się na swoich pozycjach, za główny cel obierając sobie ochronę swojego statusu i pomnażanie zer na bankowych kontach.

W ten sposób Hugo zaczął grać na boisku opozycji, według jej reguł i oczekiwań, coraz bardziej przekształcając się w karykaturę propagandowych antychavistowskich obrazków. Co to oznacza? Ano tyle, ze oczywiście nie stanie się żadnym Hitlerem, czy Mussolinim, ale po prostu nieudolnym bufonem, który z różnych powodów, zaprzepaścił swoją szansę. Jeszcze parę razy o nim usłyszymy, jeszcze trochę pokrzyczy o socjaliźmie, ale coraz bardziej rozsypujący się twór zwany rewolucją boliwariańską sprawi, że w końcu obywatele Wenezueli przyjdą do Miraflores, zgaszą światło i powiedzą: Wiesz co Hugo? Daj juz spokój chłopie.

Bo Chavez już raczej nie panuje nad sytuacją, nie prowadzi polityki, tylko gra w jakiejś dziwnej mydlanej operze o Wielkim Przywódcy. Staje się z dnia na dzień coraz bardziej zniewolonym zakładnikiem swej autokreacji. I chyba nie uda mu się już wyrwać z tej niewoli.  No szkoda, że się powtórzę, bardzo szkoda.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

No, bo było tak, że tajna komórka operacji specjalnych rewolucji boliwariańskiej przez podstawionych agentów, którzy brawurowo odgrywali jurorów (wiecie, złoty sygnet, obmierzły uśmiech, 20 kilo nadwagi, nadużywanie słowa "maleńka") konkursu Miss Universe, po raz drugi z rzędu podstępem i moralnym  terrorem przyznała tytuł najpiekniejszej kobiety wszechświata całego wraz z przyległościami Miss Wenezueli.  Pierwsza była rok temu Dayana Mendoza - o jej słynnej wycieczce do Guantanamo już tu kiedyś pisaliśmy - a teraz nadszedł czas na Stefanię Fernandez:

Zgodnie z zasadą, że daj lewakowi palec, to zaraz rękę całą ci utnie i złote pierścionki z palców pościąga, następną Miss Universe zostanie najprawdopodobniej Hugo Chavez. O ile wszechświat to dla niego nie za mało. I w ogóle, to przymierzam się, żeby coś wreszcie większego o niezbyt fajnej ewolucji boskiego Hugona napisać, bo jakims cudem mam kilka jakże błyskotliwych przemyśleń na ten temat, ale zrobię to dopiero jak będę miał chwilę czasu, czyli najwcześniej w następnym tygodniu.

PS A tytuł notki bezczelnie podpieprzyłem z bloga BoRev

piątek, 24 lipca 2009

Tak się zabawnie składa, że kilka dni po hucznie obchodzonym opublikowaniu listu wszystkich środkowoeuropejskich świętych (z polskimi świętymi na czele) wyrażających ogromne zatroskanie nową polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych, ukazał się 25-Nation Pew Global Attitudes Survey, wielki międzynarodowy sondaż dotyczący w głównej mierze stosunku światowej opinii publicznej do USA po objęciu przez Baracka Obamę urzędu prezydenta.

Jego wyniki są bardzo ciekawe, ale zanim przejdę do ich omówienia (siłą rzeczy dość pobieżnego, ponieważ raport z badań ma ponad 200 stron i znalazłem na razie czas, żeby go zaledwie szybko przejrzeć), chciałbym jeszcze przez chwilę zatrzymac się nad niesławnym listem szacownych mężów stanu.

Nie będę się nad nimi zbytnio pastwił - tym bardziej, że absurdy zawarte w liście celnie wypunktował juz prof. Roman Kuźniar - ale jednak szczególnie zabawnym znajduję fakt, że nazwiska podpisane pod listem co do jednego popierały szaleńczą politykę Georga W. Busha. Otóż zdaje się, że panowie i panie ponownie nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho i spektakularnie się wygłupili - cóż, widocznie takie mają hobby.

Niezwykle śmieszna jest także fiksacja autorów listu na punkcie tarczy rakietowej. O ile jeszcze inne ich tezy da się racjonalnie wytłumaczyć po prostu błędną i rozpadająca się ze starości i skostnienia analizą sytuacji międzynarodowej, to kładzenie tak wielkiego nacisku na kwestię tarczy jest już czystym kabaretem. Bo myślałem, że dla każdego przynajmniej od pół roku jest jasne, ze żadnej tarczy nie będzie.

Ba! To było przeciez prawie pewne już podczas szopki pt. "podpisywanie porozumienia z panią Rice" - a to, że kupiliśmy od neokonserwatystów ich ideologiczne Niderlandy, to świadczy tylko o naszej głupocie. Z Barackiem Obamą to ma raczej mało wspólnego. I w ogóle - że zadam takie naiwne pytanie - ktoś się orientuje, dlaczego polscy politycy tak się uparli, byśmy mieli nad Wisłą tarcze przeciwko irańskim rakietom?

No ale dobrze, przejdźmy do sondażu. Oczywiście jego wyniki stoją w totalnej sprzeczności z tezami Aleksandra Kwaśniewskiego i spółki - trend jest taki, że prawie na całym swiecie zwiększyło się zaufanie do polityki zagranicznej USA, a nacisk, który kładzie ona na multilateralizm, rozmowy i dążenie do kompromisu dość powszechnie jest odczytywany jako szansa, a nie jako zagrożenie.

Rzecz jasna może być i tak, że cały świat się myli, a tylko prezydent Kwaśniewski z kolegami wykazuje się przenikliwością, obawiając się Obamy, ale raczej przypuszczam, że wątpie, aby była to prawdopodobna hipoteza.

Przygniatająca większośc respondentów sądzi, że Obama lepiej niz Bush będzie radził sobie na arenie międzynarodowej:

bush_vs. Obama

Przepaść między zaufaniem dla obydwu prezydentów równiez jest ogromna:

gap

I to, uwaga, uwaga, panie Kwasniewski, nawet pomimo tego skandalicznego przecież faktu, że zdaniem światowej opinii publicznej Obama będzie prowadził - a właściwie już prowadzi - politykę bardziej wielostronną, partnerską, zorientowaną na branie pod uwagę interesów rozmówcy, nawet jeśli tym rozmówcą jest jakiś przebrzydły, tfu, Rosjanin:

multi

A żeby było jeszcze zabawniej, po zwycięstwie Obamy poparcie dla przewodniej roli Stanów Zjednoczonych w walce z terroryzmem - Tomasz Wróblewski, Łukasz Warzecha i niezawodny profesor Lewicki prawdopodobnie przewracają się w łóżkach - wzrosło:

terr

Nie mówiąc już o tym, że w krajach muzułmańskich pod względem poparcia i zaufania Obama bije Osamę w stosunku 5:2 (George W. Bush oczywiście dokładnie tyle z Bin Ladenem przegrywał):

osamaobama

Z ciekawostek. Po pierwsze okazuje się, że odsetek Polaków mających negatywny stosunek do Rosji jest taki sam jak - uwaga, uwaga - odsetek Francuzów: w obu przypadkach wynosi on 56 proc. Po drugie Polska jest na trzecim miejscu wśród badanych krajów pod względem wzrostu negatywnych opinii na temat aktualnej sytuacji gospodarczej kraju: odsetek pozytywnych ocen spadł nad Wisłą z 52 do 29 proc. W tempie pogarszania się nastrojów wyprzedzają nas tylko Niemcy i Rosja - zdecydowanie nie jest to dobra wiadomość dla Donalda Tuska.

To tyle, bo zrobiło się późno. Serdecznie polecam zapoznanie się z całym raportem - link na początku notki. W przygniatającej części krajów badania były przeprowadzane na ogólnokrajowej reprezentatywnej próbce dorosłych mieszkańców (w Chinach, Brazylii, Pakistanie, Indiach nadreprezentowani byli mieszkańcy obszarów miejskich, w Izraelu nadrezprezentowani w próbce byli Arabscy mieszkańcy) w maju i czercu tego roku.

01:55, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (7) »
piątek, 26 czerwca 2009

Tu możecie przeczytać tekst Slavoja Žižka o Iranie. Specjalnego szału nie ma i spektakularnej eureki w nim nie znajdziecie, ale rzecz jest rozsądna i właściwie się z panem Ž. w zupełności zgadzam, jeśli by to kogoś interesowało.

Zawsze miło, gdy ktoś ładnie wyszydzi specyficzne lewicowe (niestety) brednie o tym jak to Ahmadineżad broni niezależności Iranu od zachodnich, prawda, panie dziejku, imperialistycznych wpływów i chroni irańską ropę przed łapami wielkich koncernów, by ta ropa, ropa ta, ku chwale biednych persów spauperyzowanych i bogaceniu sie ich płynęła. A tu mi jedzie czołg.

Zawsze miło również, gdy facet z niezłą medialną pozycją zwróci uwagę, że teorie na temat pędu irańskiej mlodzieży ku zachodniemu systemowi wartości są oparte na, delikatnie mówiąc, niezbyt ugruntowanych przesłankach. Zdaniem Žižka zielona rewolucja nie ma za wiele wspólnego ze swoimi odpowiedniczkami koloru pomarańczowego i różowego, jest raczej powrotem do korzeni rewolucji islamskiej w Iranie, powrotem do marzeń o utopii.

No i na koniec pan Slavoj odpala w swoim stylu publicystyczna bombę. Twierdzi bardzo przekonująco, że Ahmadeniżad to taki irański Berlusconi:

Po pierwsze Ahmadineżad nie jest bohaterem irańskiej biedoty, tylko do cna skorumpowanym islamofaszystowskim populistą (z tym islamofaszyzmem, czyli tworem językowym neokonserwatystów to jednak Slavoj mógłby sobie dac spokój, chyba, że to taka ironia piętrowa, kto go tam wie - dop. r&b), kimś w rodzaju irańskiego Berlusconiego, łączego błazenadę i polityke bezwględnej siły, stosującego miksturę  powodującą niepokój nawet wśród większości ajatollachów. Jego demagogiczne rozdzielanie resztek z pańskiego stołu wśród biednych nie powinno nas zwieść: za Ahmadineżadem stoją nie tylko siły policyjne i całkiem zachodnie chwyty PR-owskie, ale również nowa, potężna, stwarzana przez korupcję klasa bogaczy (Korpus Strażników Rewolucji nie jest armią klasy robotniczej, ale raczej mega korporacją, najsilniejszym centrum bogactwa w tym kraju).

Dalej słoweński filozof wzywa, byśmy zauważyli ten oryginalny wymiar irańskich protestów, który wymyka się z prostych ram konfliktu między prozachodnimi liberałami i antyzachodnimi fundamentalistami i ostrzega, że jeśli w postrzeganiu sytuacji w Iranie damy wyraz swojej cynicznej postpolityczności, swojej skłonności do łatwego, banalnego etykietowania wszelkich wymiarów politycznej aktywności, to wkrótce również w Europie doczekamy się swoich własnych Ahmadineżadów. Bo:

Włosi już jednego mają. Reszta cierpliwie czeka na swoją kolei.

czwartek, 25 czerwca 2009

Hugo Chavez nie skorzystał z okazji, by siedzieć cicho. Niestety, bo go lubię i z zażenowaniem patrzę jak efektownie strzela sobie w stopę, zupełnie nie wiadomo po co. Prezydent Wenezueli stwierdził dziś, że za protestami w Iranie stoi CIA i państwa europejskie. No szfak!

Ja bardzo dobrze rozumiem, że po próbie przewrotu w Wenezueli, który rzeczywiście był inspirowany przez amerykańskie specsłużby, Hugon jest nieco wyczulony na tego typu historię, ale naprawdę przez wzgląd na szacunek dla ofiar zielonej rewolucji, mógłby stulić swój niewyparzony dziub i nie opowiadać pierdół.

Wystarczyłoby w zupełności, gdyby wygłosił oświadczenie, że wybory w Iranie jego zdaniem nie zostały sfałszowane. Byłby to jasny przekaz polityczny i do tego nie aż tak znowu mocno kontrowersyjny. No ale oczywiście kolega Chavez nie mógł przepuscić okazji, by znaleźć się w czołówkach światowych serwisów informacyjnych.

No cóż, chciał, to ma.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Ciekawe, czy kiedy Mir-Hossein Musawi przeszło tydzień temu ogłaszał, że wybory prezydenckie w Iranie zostały sfałszowane, zdawał sobie sprawę, że właśnie rozpoczął proces dekompozycji republiki islamskiej. Oto on, wierny uczeń Ajatollacha Chomeiniego, były premier, doprowadził do kompletnej delegitymizacji systemu stworzonego przez swojego mistrza.

Niestety dla Iranu, koniec tego specyficznego, teokratyczno demokratycznego tworu nie przynosi ze sobą żadnego nowego pomysłu na urządzenie państwa. Obserwujemy smutne dogorywanie sprowokowanej przez Musawiego zielonej rewolucji i równie przygnebiające dryfowanie Iranu w stronę krwawej, nagiej dyktatury. I wygląda na to, że to nie koniec smutnych wiadomości. Prawdopodobnie prawdziwie hiobowe wieści dotrą do nas dopiero za jakiś czas. Spróbujmy więc spokojnie - choć pewnie siłą rzeczy dość chaotycznie - zastanowić się, kto jest winien całej sytuacji i co z niej wynika dla całego regionu.

Rolę Musawiego oceniam bardzo krytycznie. Zachował się niezwykle nieodpowiedzialnie. Wyprowadził na ulicę setki tysięcy młodych ludzi i własciwie zostawił ich bez przywództwa, przez kilka ostatnich dni powtarzał wciąż te same frazesy o konieczności powtórzenia wyborów, kiedy wiadomo było, ze po użyciu siły przez władze w całej sprawie już nie chodzi o wybory. Nie mówiąc już o tym, że przez cały tydzień przywódcy opozycji nie potrafili przedstawić jakichkolwiek dowodów (dowodów, a nie domysłów, plotek, uzasadnionych wątpliwości), że wybory zostały sfałszowane. Serce mówi mi, że to demonstranci mają rację i rzeczywiście zostali okradzeni ze zwycięstwa, jednak rozum podpowiada (z dnia na dzień coraz bardziej intensywnie), że zostali zmanipulowani i wykorzystani do wewnetrznych porachunków w gronie irańskiej elity rządzącej.

Ponowione wczoraj przez Musawiego wezwanie do strajku generalnego (i radosne przyznanie przy tym, że tak właściwie to nie wie on jak go zorganizować) świadczą o tym, że stracił kompletnie kontakt z rzeczywistością. Co gorsza, przez swoje tyleż buńczuczne, co ogólnikowe odezwy naraża życie swoich zwolenników. Bo zielona rewolucja przegrała - to jasne dla każdego w miarę kompetentnego i trzeżwego obserwatora. Jedyną dobrą rzeczą, którą jeszcze można zrobić to minimalizować straty. Zgodzić się na proponowane przez Chameneiego ponowne przeliczenie 10 proc. głosów i wezwać zwolenników do przerwania demonstrancji i poczekania na lepsze czasy. Oczywiście pociąga to za sobą upokorzenie Musawiego, ale to jedyne, co dobrego może jeszcze zrobić - upokorzyć się i pozwolić wielu młodym osobom przeżyć i doczekać dni, kiedy zmiany będą możliwe.

Jedyne co mogłoby uchronić kandydata opozycji od obsadzenia go w roli najczarniejszego charakteru, to założenie, że wybory naprawdę zostały sfałszowane. Jeśli jednak wszystko odbyło się zgodnie z zasadami, a Musawi ramię w ramię z Alim Rafsandżanim postanowili wykorzystać zły wizerunek Ahmadeniżada do wspieranego przez ulicę pałacowego przewrotu - co jest w tej chwili równie prawdopodobne jak fałszerstwa - to nic nie jest w stanie go usprawiedliwić.

Kiedy Mohammad Chatami zawiódł ich zaufanie, kac wśród liberalnie nastawionej części Irańczyków był ogromny. Wiele lat zajęło im ponowne uwierzenie, że zmiany w ramach systemu są możliwe. Kac po klęsce zielonej rewolucji będzie o wiele większy i bardziej bolesny. To koniec Islamskiej Republiki Iranu jaką znamy. To koniec tzw. obozu reformistów, panów "chcielibyśmy, ale nie wiemy co i nie wiemy jak". Wybory zapewne wciąż będą się odbywać, ale liberalna część społeczeństwa będzie je ignorować, napięcie będzie rosło, aż do kolejnego wybuchu - na przykład po śmierci Alego Chamenei.

Niektórzy zapewne się ucieszą i powiedzą, że nareszcie skończyła się fikcja quasi demokratycznego państwa. Nie podzielam tej radości. Iran w miarę nieźle funkcjonował w tym systemie, z biegiem lat - choć to prawda, że bardzo powoli i wśród wielu wstrząsów - ewoluował w strone kraju bardziej przewidywalnego i otwartego. Teraz zmienił sie de facto w dyktaturę, klasyczne państwo policyjne ze społeczeństwem przepołowionym na dwa nienawidzące się obozy. Co najbardziej niepokojące to fakt, że w tej chwili nie ma żadnego kontrprojektu politycznego wobec obecnego systemu, a co za tym idzie wszystkie przyszłe konflikty będą gwałtowne, chaotyczne i krwawe. Iran stał się państwem, w którym rządzi logika kwadratury koła i tylko jego wrogowie mogą się cieszyć z takiego stanu rzeczy.

Obawiam się również, że będzie to miało ogromne konsekwencje dla całego regionu. Jest prawie pewne, że Teheran postawi na izolację i straci ochotę na negocjacje dotyczące programu atomowego, czy Afganistanu. Ahmadineżad i Chamenei położą nacisk na nacjonalistyczną retorykę, która pozwoli im odzyskać twarz i scementować lekko zachwiane fundamenty władzy. Niestety uważam za bardzo prawdopodobne, że w takiej sytuacji, Barack Obama nie zdoła powstrzymać Izraela przed atakiem na irańskie instalacje nuklearne, a czym to się może skończyć, to, prawdę mówiąc, nawet nie chce mi się myśleć.

I tylko cholernie mi żal tych tysięcy młodych ludzi, którzy wyszli na ulice irańskich miast. Są martwi albo przegrani. Wystawieni przez swoich przywódców jako mięso armatnie, pozbawieni wiary w szybkie zmiany, rozgoryczeni. Przynajmniej tak bym się czuł na ich miejscu. Mam jednak nadzieję, ze znajdą w sobie więcej optymizmu i siły, niż ja.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

ahmad z hakiem

To naprawde może skończyć się rewolucją. A myślałem, że wszystko potoczy sie jak zwykle. Czyli przyschnie. Z mojego pobytu w Teheranie w podczas trwania drugiej kadencji Chatamiego zapamietałem ludzi, którzy nie wierzą w zmiany polityczne pogodzeni ze status quo, ze stanem oznaczającym wówczas mała liberalizację obyczajową i względną stabilizację ekonomiczną.

Potwierdzeniem tej diagnozy, były wybory prezydenckie z 2005 roku spektakularnie zignorowane przez dużą część liberalnie nastawionych Irańczyków. No bo skoro Chatami, w którym pokładano ogromne nadzieje nie zdołał nic zmienić i wciąż się cofał pod naciskiem konserwatywnych duchownych, to co, do diabła, za różnica, kto będzie prezydentem? I tak oto wybory wygrał Ahmadineżad.

Miał być biczem na skorumpowana elitę i balsamem łagodzącym cierpienia irańskiej biedoty. Okazał się nieudolnym bałwanem, wepchnął kraj w jeszcze wieksze tarapaty gospodarcze, a jego jedynym sukcesem, docenianym także przez przeciwników kolegi Mahmuda, okazało się rozwijanie irańskiego programu atomowego, perskiego sukcesu, z którego dumni czują sie ludzie o róznych przekonaniach politycznych.

Ok, przyznam się bez bicia, jeszcze wczoraj wydawało mi się, że Ahmadineżad naprawdę wygrał wybory prezydenckie. Zgadzałem się zarówno z Abbasem Barzegarem jak i z Arturem Makolągwą, że pomimo wielu nieprawidłowości poparcie dla prezydenta A. jest bardzo duże, zwłaszcza na prowincji i wśród wielkomiejskiej biedoty.

Jednak dzisiejsze demonstracje zmieniają mój pogląd na tę sprawę. Ponad milion demonstrantów na ulicach Teheranu i doniesienia o protestach w Ahwaz oraz Isfahanie świadczą o tym, że te wybory naprawdę zostały zfałszowane: tak masowy wybuch wściekłości wśród dość zblazowanych i pozbawionych wiekszych nadziei na zmiany Irańczyków pokazuje, że ludzie naprawdę poczuli sie okradzeni.

Do tego dochodzą kolejne fakty, które już wcześniej wydawały sie wysoce niepokojace: miażdżące, nieprawdopodobne zwyciestwo urzedującego prezydenta w Tabriz, rodzinnym mieście Mir-Husaina Musawiego, a także doniesienia o tym, że w piątek minister spraw wewnetrznych Iranu zadzwonił do kandydata opozycji, informując go o zwyciestwie w wyborach. Pojawiły się też przecieki tzw. prawdziwych wyników, według których Ahmadineżad był dopiero trzeci, ale te wiadomości należy raczej potraktować jako plotki i spekulacje. Tak czy inaczej to, co zrobił Ahmadineżad należy chyba uznać za zamach stanu.

Persiankiwi donosi na Twitterze, że obecnie (20.16 polskiego czasu) tłum gromadzi się na placu Tajreesh, na północy Teheranu, skąd już jest bardzo niedaleko do siedziby Ajatollacha Chamenei. Do placu przebija się Mehdi Karrubi, drugi z reformistycznych kandydatów prezydenckich, obecnie jeden z liderów protestu. Persiankiwi spekuluje, ze mozliwy jest marsz na siedzibę Najwyższego Przywódcy. A to by oznaczało, że chwieje się cały teokratyczny system w Iranie, choć należy być raczej ostroznym z tak daleko idącymi wnioskami.

Ale fakt, ze do demonstrantów strzelały do tej pory tylko grupki z milicji Basidż (paramilitarnej organizacji utworzonej w 1979 roku przez Chomeiniego), a wojsko zachowywało cały czas powściągliwość i neutralność, może świadczyć o jakichś wewnetrznych przepychankach wśród najwyższych irańskich władz. Niewykluczone również, że swoją grę rozgrywa tu również Ali Rafsandżani, któremu niewątpliwie marzyło by się zajęcie schedy po ajatollachu Chamenei (pod naciskiem Rafsandżaniego Chamenei zgodził się dziś na poważne rozpatrzenie protestu wyborczego Musawiego).

Pytanie co zdecyduje następca Chomeiniego? Pójdzie na rozwiązanie siłowe ryzykując przegraną i bunt w armii? Raczej w to nie wierzę, Chamenei jest może i fanatykiem, ale raczej więcej w nim jednak pragmatyzmu. Moim zdaniem w ciągu następnych 48 godzin bedzie ogłoszona decyzja o powtórzeniu wyborów. Pytanie tylko, czy demonstranci zadowolą się takim zwycięstwem w chwili, gdy poczuli swoja wielką siłę?

Wypada jeszcze dodać, że wydarzenia w Iranie to wielki triumf internetu, Twitter był dziś lepszy niż CNN, BBC i Al Jazeera razem wzięte. W Polsce trzeba zdjąc czapkę przed gazeta.pl, która doskonale relacjonuje to, co się dzieje w Teheranie. Tytuł "portalu dla idiotów" przyznaję zaś bez wahania dziennikowi.pl, który wciąż nie ma na głównej stronie nawet wzmianki o Iranie, a najważniejszą wiadomościa dnia według ich redaktorów są słowa o Buzku, że jest "niezłym jebaką". Brawo, panie i panowie.

Ach, no i oczywiście blog zmienił kolor na zielony nie bez powodu.

piątek, 29 maja 2009

Tak mnie rozbawił Maciej Stasiński, że postanowiłem na chwilę wrócić z wewnętrznej emgracji. Pan redaktor napisał tekst o tym, jak to Chavez prześladuje Mario Vargasa Llosę, wspaniałego pisarza (oraz liberalnego polityka i publicystę), który to właśnie udał się do Wenezueli na, jak pisze Stasiński, konferencję "intelektualistów dyskutujących o wolności słowa", organizowaną przez "prywatny ośrodek analityczny w Caracas". Oczywiście pan Maciej nie informuje nas, co to za ośrodek, a nie informuje nas o tym dlatego, że szefowa owego ośrodka kompromituje swoją osobą jakąkolwiek dyskusję o wolności słowa.

Bo chodzi o Centro de Divulgación del Conocimiento Económico CEDICE, neoliberalny, wenezuelski think tank. Ale to akurat jest najmniej ważne. Najzabawniejsze jest to, kto szefuje tej zacnej i cudnej organizacji. A jest to, drodzy państwo, Rocio Guijarro, jedna z autorów tzw. Dekretu Carmony, czyli dokumentu, który podczas puczu przeciwko Chavezowi w 2002 roku, rozwiązywał wszystkie legalne i demokratyczne instytucje (nasza bohaterka podpisała go w imieniu organizacji pozarządowych - ha, ha - zaśmiał się hrabia).

O, tu sobie siedzi, o ile mnie wzrok nie myli, podczas szopki pt. "puczyści wybierają nowego prezydenta, ale jakim prawem?":

Carmona und Guijarro  

Tak, moi drodzy, pani Guijarro jest zwykłą puczystką, która siłą obaliła legalne, demokratyczne władze (na szczęście tylko na chwilę), a teraz organizuje konferencję o wolności słowa. Czyż nie jest to komiczne, że hej? I czyż twarz nasza nie jest cała mokra od wylewanych ze śmiechu łez, kiedy konstatujemy, że redaktor Stasiński ponownie nie poinformował swoich czytelników o czymś ważnym, bo nie pasowało mu to do tezy?
czwartek, 30 kwietnia 2009

No słuchajcie, z powodu takiego oto, że najbardziej mnie obchodząca rewolucja rozgrywa się właśnie jakieś 40 centymetrów od obecnego położenia moich palców, zawieszam na jakiś czas pisanie bloga z troski, by jego poziom niechcący nie poleciał na przysłowiowy łeb, przysłowiową szyję, lub inną, równie przysłowiową, część mnie. To macham przyjaźnie wszystkim lewą dłonią, przytupuję dla kurażu lewą stopą i na pożegnanie zostawiam wam piosenkę:

Lech Janerka - W naturze mamy ciagly ruch 

sobota, 18 kwietnia 2009

obama chavez

Czyż to zdjęcie nie jest wzruszające? Czyż łza sie w oku nie kręci kiedy "szatan" spotyka się z "dyktatorem"? Czyż radość serca nie wypełnia, kiedy po raz kolejny (wcześniej w sprawie Iranu) nie spełniają się wypowiadane z napuszonymi minami analizy prawicowych publicystów, ze Obama będzie kontynuował linię kolegi Georga?

Do spotkania doszło na Szczycie Amerykańskim w Trynidadzie i Tobago. Miał je zainicjowac prezydent USA. Panowie uścisnęli sobie ręce. - I want to be your friend - mruknął uwodzicielsko Hugon. Agencje póki co milczą na temat tego, co Barack rzekł w odpowiedzi. Ale możemy być raczej pewni, że nie była to ich ostatnia randka. Czego i państwu życzę w tę pochmurną, ciepłą i melancholijną sobotę.

PS No i nie moge sie powstrzymać, by nie zacytować samego siebie. Cztery miesiące temu w tej notce pisałem:

Poza tym chciałbym zobaczyć minę Stasińskiego, jeśli na kwietniowym Szczycie Amerykańskim w Trynidadzie i Tobago Obama spotka się z Chavezem.

Och, kurcze, jak chciałbym.

UPDATE. Heh, chłopcy dają czadu i od pierwszej randki płynnie przeszli do randki drugiej. Przy czym już dają sobie prezenty. To co będzie dalej? Na pewno dalej bedzie poniedziałkowa Gazeta Wyborcza, a w niej, mam nadzieję, artykuł pana Macieja Stasińskiego. Dawno na żaden tekst nie czekałem z takim utęsknieniem jak na ten.

UPDATE2. No jakie wzruszające. Poniżej wariacja na temat spotkania, więcej na blogu BoRev:

crazy chavez obama spring

zdjecie: AP 

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner