ta herbata jest słodka

niedziela, 29 maja 2011

order

Uważajcie! Łapcie się poręczy, albo się jej puśćcie, weźcie głęboki oddech, albo go wstrzymajcie, bo przelecimy się prez chwilę wehikułem czasu. Fajnie? No, rety, jak fajnie, więc ziuuuuuuu:

Prezes Rady Ministrów Donald Tusk spotkał się ze składającym oficjalną wizytę w Polsce prezydentem Arabskiej Republiki Egiptu Hosni Mubarakiem. (...) Tematem spotkania były również kwestie bliskowschodnie. Szef polskiego rządu podkreślił wkład, jaki Egipt wnosi w stabilizację stosunków w tym regionie.

Oraz:

Lech Kaczyński rozmowę ze swoim gościem określił jako "jedno z najciekawszych spotkań w ciągu ostatnich dwóch lat"

Jak również:

za wybitne zasługi w rozwijaniu współpracy i przyjaźni polsko-egipskiej, odznaczony zostaje obywatel Arabskiej Republiki Egiptu KRZYŻEM WIELKIM ORDERU ZASŁUGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ Hosni Mubarak.

No i przecież nie może też zabraknąć:

Uzasadnienie przyznania Nagrody Lecha Wałęsy Strażnikowi Dwóch Świętych Meczetów Królowi Abdullahowi Bin Abdulazizowi Al Saudowi: „W uznaniu osobistych zasług na rzecz dialogu między-religijnego, promocji tolerancji i wzajemnego zrozumienia kultur i cywilizacji, a także pokoju i współpracy międzynarodowej oraz szeroko zakrojonej działalności dobroczynnej"

No. A teraz słyszę przy okazji wizyty Obamy, że nasi dzielni mężowie, idealiści, specjaliści od transformacji i promowania wolności na caaalutkim świecie mają doradzać Arabom, jak budować demokrację. I tylko ciekaw jestem, czy Wałęsa wybierze się w tym celu do Bahrajnu, gdzie walczący z reżimem demonstranci są właśnie rozjeżdżani przez saudyjskie czołgi. Dodajmy też dla porządku, że kolega Łukaszenka przy Mubaraku to jest naprawdę fajny, dobrotliwy koleś z wąsem, Ahmadineżad zaś przy Jego Ekscelencji Abdullahu to humanizm po prostu wcielony.

I nawet nie chodzi mi o to, że hipokryzja i że o matko boska - to wiadomo, to nic nadzwyczajnego, to się nadaje jedynie do obszernego ziewnięcia. Zresztą przy brytyjczykach, którzy szkolili saudyjskie siły specjalne strzelające ochoczo do manifestantów, to my jesteśmy naprawdę milutcy.

Zastanawia mnie co innego. Co trzeba mieć w głowie, jakie wzięte nie wiadomo skąd neokolonialne nawyki, by myśleć, że naprawdę możemy Arabom coś powiedzieć o demokracji. Albo żeby sądzić, że oni w ogóle chcą słuchać co mamy do powiedzenia.

Że niby jak? Wpadniemy na kawkę do Kairu i rzucimy mimochodem: - Tia, obściskiwaliśmy się z waszymi oprawcami, bo rozumiecie, trzymali was dzikusy pod butem, żebyście za bardzo nie wierzgali i nie destabilizowali sytuacji. Sorry, trochę głupio wyszło. A teraz słuchajcie, zróbcie tak i tak, bo demokracja jest tym i tamtym? 

Hej, panowie premierowie, ministrowie, prezydenci byli, obecni i przyszli: Arabowie naprawdę mają mózgi, oni tylko tak śmiesznie wyglądają. Więc dajcie im święty spokój ze swoimi radami. Poradzą sobie sami, serio.

Och, proszę. Oszczędźcie nam rad polskich dziwaków z religijnej prawicy

- napisał na swoim blogu Angry Arab. Nic dodać, nic ująć.



 

czwartek, 26 maja 2011

Tak. Chlip. To prawda. Buuuuu. Tajne macki islamistów na polskich uczelniach nie wahają się wyrzucać z pracy ludzi, którzy przejrzeli ich plany wprowadzenia w Europie Wielkiego Kalifatu. Ta sól soli, ziemia ziemi, grunt gruntu, ten kefir de la kefir nadwiślańskiej nauki jest sekowany, prześladowany, dzieli los pierwszych chrześcijan rzucanych na pożarcie lwom postępu.

Taka krzywda na UAM spotkała czcigodnego doktora wszechnauk Bartłomieja Grysę. Na szczęście mamy jeszcze tu, na tej ziemi, wolne media biorące w obronę. Jak kamienie rzucane na szaniec. Na przykład portal Fronda. On to dał okazję rozedrzeć doktorowi Bartłomiejowi koszulinę kusą i zakrzyknąć gromko w proteście. Otóż co mu zrobiono? Wyrzucono go, bo

w swoich publikacjach wypowiada się o islamie krytycznie

Jak? Ano tak - oddajmy głos doktorowi Bartłomiejowi:

Postępowanie wobec mnie toczy się na tej uczelni już od dwóch lat. Po tym, jak wydałem książkę Islam – prawdziwe oblicze „religii pokoju”, w której napisałem m.in., że Mahomet był mordercą i pedofilem.

Uhuuuu, ziuuuuu, baanngg! Czujecie ten powiew intelektuanej świeżości? Nie dziwi on nas wcale. Tym bardziej nie dziwi nas, że nasz bohater na spotkaniu z władzami uczelni

Wspomniał także o intelektualistach świata muzułmańskiego, takich jaka Wafa Sultan, Salman Rushdie, Ayaan Hirsi Ali czy Ibn Warraq, którzy, jak mówi również podzielają jego opinię, co do moralności proroka islamu.

Widzicie? Sam Salman Rushdie podziela jego opinię! Oczywiście to w pełni zrozumiałe - wyczuwając skromność czcigodnego doktora - że nie dodał, kiedy miał okazję podzielić się z wybitnym pisarzem swoją opinią, którą tamten ochoczo podzielił. Domyślając się zwyczajów grona wybitnych światowych intelektualistów, do spotkania na szczycie doszło zapewne w jakiejś miłej paryskiej knajpce. Pisał chyba nawet o tym Le Monde, ale, wybaczcie, nie potrafię znaleźć teraz odpowiedniego linka.

Zresztą. Czy ktoś może nie podzielić tak przenikliwego odkrycia jak to, że Mahomet był pedofilem i mordercą? Nie tak dawno przecież nagrodą Nobla z astrofizyki został uhonorowany kubański prof. Jesus Maria Olaboga, który ponad wszelką wątpliwość udowodnił, że niejaki Jahwe był ludobójcą (nalot dywanowy za pomoca siarki na Sodomę), a jego syn, Jezus, bimbrownikiem rozpijającym nieletnich (nieznany wczesniej incydent w Kanie Galilejskiej).

Należy więc przypuszczać, że analogiczne odkrycie Grysy dotyczące islamu również będzie faworytem do Nobla. Nie wiadomo tylko jeszcze w jakiej dziedzinie. Rozważa się podobno również przyznanie mu na olimpiadzie w Londynie honorowego złotego medalu w skoku o tyczce.

W pełni zrozumiałe jest więc rozgoryczenie Grysy, jego nieutulony żal, że mimo światowej sławy i przyjaźni z Rushdiem islamistyczne lobby sekuje go w jego własnym kraju (choć przecież wiadomo z drugiej strony, że najtrudniej tu zostać prorokiem):

 Tutaj, na uczelni i nie tylko jest takie podejście, że arabista musi opowiadać tylko same dobre rzeczy o religii islamu. Jeśli robi inaczej, wtedy się go po prostu usuwa ze środowiska. Wychodzi na to, że w Polsce nie ma pod tym względem wolności słowa

Ano nie ma. Hańba. Czemu tak się dzieje? Tu Grysa zawiesza głos. Ale z pomocą przychodzi mu dziennikarka obywatelska z Frondy:

W poniedziałek zadzwoniliśmy do Zakładu Arabistyki i Islamistyki UAM w Poznaniu. Z kierownikiem ZAiI, dr hab Pawłem Siwcem połączył nas mężczyzna, mówiący po angielsku.

Nie ma już Polaków w Polsce! Patrioto! Ty, który to czytasz. Strzelaj! Lub emigruj.







poniedziałek, 16 maja 2011

Mamy cię stary, zły dziadzie, oglądałeś pornografię! - zakrzyknęły media światowe, nie ukrywając złośliwego hihihi chichrania. No bo według anonimowego, ale dobrze poinformowanego, źródła w rządzie Stanów Zjednoczonych na dysku Osamy Bin Ladena znaleziono pokaźną kolekcje filmów porno. Zresztą na pewno o tym słyszeliście. Przyjmując, że nie jest to służący bógwiczemu wywiadowczy fake, nie ma się w sumie czym ekscytować. Bo że religijni fundamentaliści mają na drugie Hipokryzja to jest news, przyznacie, mocno nieświeży. No ale. Pojawiły się jak zwykle na horyzoncie narracyjne rachunki krzywd, które trzeba wyrównać. No to ciach.

Pornografia znaleziona w domu Bin Ladena. Pewnie uczył się z niej jak zadowolić 72 dziewice w raju

- donosi New York Post. Tak, moi drodzy, mainstreamowe zachodnie media mają tę dziwną przypadłość, że nabijają się głównie z wizji muzułmańskiego raju. Ten chrześcijański zaś uważają za jak najbardziej poważny, a życie w nim za realne i godne rozważenia. Wyobrażacie sobie informację o gwałtach tego czy innego biskupa na dzieciach opatrzoną komentarzem:

Ho, ho, pewnie uczył się, jak się załapać na trójkąt podczas Godów Baranka i Jego Małżonki przystrojonej w bisior lśniący?

Ja sobie nie wyobrażam. Najwidoczniej Cywilizacja Śmierci nie zaszła jeszcze tak daleko, jak obawialiby się tego jej nadwiślańscy pogromcy.

W ogóle z tymi dziewicami to jest ciekawa sprawa. Otóz muzułmanin nie może być po prostu zły. Nie może być wkurwiony. Nie może popełniać strasznych zbrodni z powodów politycznych. Od Palestyńczyków do Bin Ladena: wszyscy oni zachowują się tak, jak się zachowują, bo chca się popieprzyć z niebiańskim dziewicami. Jasne.

Ale żeby nie było. Paradoksalnie ten rwetes wokół porno u Osamy ma też drugą stronę. Medalu, rzecz jasna. Taką mianowicie, że islam wciąż jest traktowany w zachodnich mediach jako religia czysta oraz ideowa, a jego wyznawcy i prominetni przywódcy (zostawmy przez chwilę na boku kwestię, na ile Bin Laden był prominetnym przywódcą świata islamu) to rycerze niezłomni i z żelaza stworzeni. No bo co to byłby za news, że u jakiegoś, powiedzmy, amerykańskiego kardynała znaleziono dziecięce porno? No, mówiąc szczerze, taki se - wiadomo, kardynałowie tak mają. Natomiast u Bin Ladena nagie laski? Rety! Jeny!! O matko!!!

To pokazuje jak bardzo zachód boi się islamu. Jak go sobie stereotypizuje, idealizuje i uwzniośla, by jeszcze bardziej się go bać. Jak bardzo potrzebuje niezłomnego wroga. Wychodzi na to, że przydałby się nam spektakularny wysyp islamskiej hipokryzji. To by było dopiero uniewaznienie wojny cywilizacji, że hej. W końcu staliby się tacy sami jak my.

wtorek, 03 maja 2011



No, to szło jakoś tak, że kiedy chłopcy z Mossadu pojmali kolegę Eichmanna, ówczesny pracodawca Marka Hłaski w Hajfie w szalonym pędzie biegł przez pole wrzeszcząc radośnie: - Złapali mu! Złapali mu! - Nie mu, tylko go - odrzekł na to prostolinijnie Hłasko.

Przypomniała mi się ta anegdota z "Pięknych dwudziestoletnich", gdy obserwowałem zbiorowe orgazmy nad odstrzeleniem Osamy Bin Ladena. Bo ten celny strzał rzecz jasna nic nie zmienia. To tylko dopełnienie amerykańskiej zemsty. Najpierw było "zniszczenie sił powietrznych Afganistanu" dziewięc lat temu (serio, takiej frazy używali wtedy kolesie z Foxa), teraz jest kula w szalonej głowie pewnego ponurego brodacza. No i luz. Niech ta kula sobie w tej głowie będzie.

Natomiast bardzo mnie śmieszy, gdy słyszę w radio (Zdort Dominik to chyba mówił, acz pewny nie jestem), że to wielki sukces i ogólnie dowód na słuszność "Wojny z terrorem" wymyślonej przez ekipę Busha. Ta, jasne. Tak się akurat znakomicie składa, że moja przyjaciółka wróciła niedawno z Palestyny. Kiedy tam wyjeżdżała poglądy na konfikt izraelsko - palestyński miała całkiem umiarkowane (to znaczy wiadomo: Izraelczycy chuje, ale znów bez przesady) - po powrocie zaś zjadłem obiad z radykałką, która gdyby tylko była bardziej walnięta, to by się pewnie przepasała pasem szachidki i wyjebała w proteście w powietrze razem z najbliższą placówką dyplomatyczną Izraela w Polsce.

Ale nie to jest najważniejsze, co sobie myśli, albo nie myśli jakaś polska arabistka. Bardziej symptomatyczne jest to, że wedle jej opowieści wszyscy, z którymi rozmawiała w Palestynie mają jeszcze bardziej radykalne poglądy. To znaczy? Ano, to znaczy, że jakiekolwiek rozwiązanie pokojowe zakładające dwa państwa ulica palestyńska z dużym prawdopodobieństwem odrzuci. Jedno państwo, bezwarunkowy powrót uchodźców, albo zdrada i wypierdalać. To tyle, jeśli chodzi o skuteczność wojny Busha z terrorem i kompulsywne popieranie polityki Izraela przez rząd USA.

Ach, no i z innej beczki. Widzieliście na pewno w tv te obrazki z Nowego Jorku i Waszyngtonu: tę wiwatującą amerykańską młodzież, celebrującą w ten sposób śmierć Osamy. Nie skojarzyło wam się to z tymi fałszywymi migawkami sprzed 10 lat, które zachodnie stacje puszczały pod tytułem, że oto palestyńczycy wiwatują z powodu udanego ataku na WTC? Sceny zadowolenia z mordu, choć sfingowane, do tej pory są używane przez niektórych lokalnych i globalnych neokońskich oszołomów do udowadniania tezy o tym, jakie z tych muzułmanów dzikusy. //no, tu trochę poleciałem, do końca sfingowane nie były, natomiast ociupinkę jednak jakby i owszem// Za to mili mlodzi ludzie z zachodu naprawdę celebrują zamordowanie Bin Ladena i nikt się temu specjalnie nie dziwi. No bo co, normalka, wygraliśmy mecz, to trzeba się cieszyć, Ju Es Ej, Ju Es, Ej.

Smutno mi, Boże. Ale oto z odsieczą przychodzą mi Ludzie Na Orbicie. Co prawda LNO mają problem z ustaleniem spójnego stanowiska, ale i tak są zabawni. Tomasz Terlikowski twierdzi bowiem, że chuj z Osamą, gdyż ponieważ i tak będziemy mieć tu zara kalifat. Czemu? Ano bo się muzułmanie dużo i dobrze ruchają nie używając przy tym prezerwatyw. Niby wiadomka. Ale z kolei Bernard Lewis uważa, że rewolucje w krajach arabskich się posypią zaraz, rozpadną, zmienią w pył. Czemu, ach czemu? Ano temu, że nie stoi za nimi żadna polityczna agenda. Według Lewisa ruchawki, dajmy na to w Egipcie, zaczęły się głównie dlatego, że młodzi Arabowie nie mogą się ruchać i bardzo im tego brakuje. I z tego oto powodu, generalnie rzecz biorąc, chodzą ostro wkurwieni.

I komu tu wierzyć, drogie Bravo?

czwartek, 24 marca 2011

Pierwsza z nich to strzelanie do tarczy. No, słusznie się dziwicie, bo rzeczywiście taka dyscyplina już istnieje i nawet Polska, biało-czerwoni, ma w niej osiągnięcia, sukcesy i w ogóle medale złote. Ale, umówmy się, to jest w ogóle łatwizna, no bo tak: tarcza stoi w miejscu, nie błaga o litość, a do tego nie bredzi jakichś niezrozumiałych wyrazów w pasztuńskim narzeczu. Amerykanie postanowili sprawę utrudnić, a sam sport uczynić bardziej medialnym.

Wymyślili więc, dadadaaam, że od teraz będzie się strzelać do afgańskich wieśniaków. Reguły tej dyscypliny wyłożył nam ostatnio Jeremy Morlock, 23-letni żołnierz armii Stanów Zjednoczonych. Bo to właśnie US Army wymyśliła napiżdżanie w ludzi dla sportu. W skrócie chodzi o to, żeby zaaranżować codzienne, zwykłe zdarzenie jako sytuację bojową. Kiedy już tego dokonamy należy wybrać kilku nieuzbrojonych, pokojowo nastawionych (hihihi, naiwniaki) dzikusów z Afganistanu. No i zastrzelić ich. To chyba jasne. Ale to nie wszystko. Przy równym wyniku o zwycięstwie decydują bonusy. Mogą to być części ciała upolowanych, no, dajmy na to, czaszki.

Jest to doskonała wiadomość dla polskiego sportu przed igrzyskami olimpijskimi w Londynie, bo jak pokazał sparing w Nangar Khel, nasza reprezentacja ma spore szanse w rywalizacji z zawodnikami zza wielkiej wody.

Druga dyscyplina to rzut ściemą na odległość. Wynalazł ją Robert Cooper, doradca baronessy Ashton. Cieszmy się, bo to pokazuje, że Unia Europejska nie pozostaje w tyle i również chce wnieść swój wkład w dziedzictwo barona de Coubertina. Pan Robert stwierdził ostatnio, że w Bahrainie tak naprawdę nic szczególnego się nie dzieje. Przyznał jedynie, że są tam jakieś niby demonstracje i zadumał się nad ciężkim losem bahrańskiej policji, której nie jest łatwo zapanować nad tłumem. O bratniej pomocy saudyjskiej i regularnych masakrach nie zająknął się ani słowem. Ani o pomysłach petro monarchii w Zatoce na wysiedlenie tysięcy ''wywrotowych'' szyitów. Osłabiające.

Bo, poważnie mówiąc, to jest właśnie mój problem z interwencją w Libii. Z jednej strony Kaddafiego należało powstrzymać i dobrze, że tak się stało, z drugiej nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że naloty na Libię i tak spektakularnie działania społeczności międzynarodowej (czyli głównie Stanów, Francji, Wielkiej Brytanii) służą głównie do tego, by odwrócić uwagę opinii publicznej od tego co się dzieje w Arabii Saudyjskiej, Bahrainie i Jemenie, czyli u najważniejszych sojuszników USA w regionie.

Dobrze, że pułkownik nie morduje już na potęgę swoich obywateli. Wydaje mi się jednak, że dla ludzi (mających tak radykalne postulaty jak, o zgrozo!, wprowadzenie monarchii konstytucyjnej) rozjeżdżanych przez saudyjskie czołgi w Bahrainie to średnia pociecha. Co więcej przez ignorowanie mordów dokonywanych przez pro amerykańskich książąt w Zatoce, cała szansa na poprawienie wizerunku Zachodu w świecie islamu legnie w gruzach. Szkoda.

I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie ci cholerni Palestyńczycy. Uparli się na to swoje państwo ze stolicą w połowie Jerozolimy i żadne racjonalne argumenty nie przemawiają im do rozsądku. Cham się uprze i weź i mu daj. A my nie mamy jego płaszcza - rzecze Paweł Smoleński:

Tylko w ostatni piątek i sobotę na Izrael spadło ponad 50 pocisków. Kilka z nich sięgnęło uniwersyteckiego miasta Ber Szewa, rakieta kassam trafiła w nadmorski Aszkelon. Szczęśliwie nikt nie zginął, lecz niewiele wcześniej zakłuto nożami rodzinę żydowskich osadników (bo przecież wcześniej osadnicy nikogo nawet szpilką, panie dziejku, nie ukłuli - przyp. r&b), w tym dzieci.

Izrael odpowiedział jak to na wojnie, choć przecież wojna nie jest zadeklarowana. Strefa Gazy została zbombardowana, zginęło kilku Palestyńczyków; mówi się, że dwóch członków zbrojnego ramienia Hamasu, ale też dwóch szesnastolatków.

Ups, not. Wygląda mi na młodszego:

dziecko

Smoleński:

Ciekawe, że niewielu ostrzega przed narastającym palestyńskim zagrożeniem.

No, ciekawe w chuj

niedziela, 06 marca 2011

Długo mnie nie było. Tymczasem dzieją się ciekawe rzeczy. Na przykład wystarczyły dwa miesiące, by polscy dziennikarze uwierzyli, że demokracji muzułmanom nie trzeba nieść za pomocą pocisków ziemia powietrze. Jacek Pałasiński, jak czytam tu i tam, co prawda wciąż w to nie wierzy, ale jest nadzieja, że po którejś z kolejnych rewolucji - dajmy na to w Jordanii, albo Iranie, albo Iraku (tak, o tej telewizja mówi jakby rzadziej), albo Omanie, czy tam choćby w Bahrainie lub Jemenie - wreszcie coś do niego dotrze. Albo ktoś mu to wyjaśni jasno i prosto na You Tube. Coś w tym stylu.

Interesuje mnie natomiast, kiedy polscy eksperci - których się namnozyło ostatnio, że hej - zrozumieją, że rewolucje, o których wyżej, nie wynikają z tego, że chłopcy i dziewczynki domagaja się więcej tańszego kebaba. Nie, to są protesty na wskroś polityczne, wynikające z politycznych poglądów, opowiadające się za dość spójnym systemem wartości, którego jednym z podstawowych punktów są demokracja i swobody obywatelskie.

Mówienie o protestujących Egipcjanach z nieznośnym poczuciem wyższości jak o dzikiej tłuszczy, co to wylała się na ulice bez ładu i składu było w polskich mediach niezmiernie wkurwiające. Że tam nie ma żadnej opozycji, bla, bla, sami słyszeliście. A Bractwo Muzułmańskie, a ruch Kefaya to niby czym są do jasnej ciasnej? Zapewniam, że w swoim sprzeciwie wobec dyktatora były od wielu lat bardzo konsekwentne i spójne (i dostawały za to od niego o wiele większy wpierdol niż polscy, skądinąd dzielni, styropianowcy z lat słusznie minionych dostawali od Jaruzela).

A tu możecie przeczytać relację z wczesnej fazy wydarzeń pewnego egipskiego cynika z działu kultury największej tamtejszej gazety. Pouczające.

Tymczasem życie toczy się dalej. Władze Jerozolimy postanowiły ostatnio dołożyć własną cegiełkę do pokojowego współistnienia ludzkości. I wybudowały płot dzielący dwa przedszkola. Na chuj płot? To szalenie proste.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że po sąsiedzku zainstalowały się tam przedszkole świeckie i religijne. No i dochodziło na pograniczu do rzeczy strasznych: dzieci religijne bawiły się z pogańskimi, budowały sobie razem zamki z piasku w piaskownicy, bawiły się wspólnie w chowanego. Rozumiecie - Sodoma, Gomora, słup soli, potop. Ale koniec z tym:

Płot został wzniesiony na podstawie szeroko zakrojonego planu, który pozwoli na spełnienie różnych potrzeb każdej ze społeczności

- stwierdził jerozolimski magistrat. Na przykład taką potrzebę jednej z religijnych matek:

Mój syn ma już trzy lata, dużo rozumie, dlatego nie chciałabym, by oglądał wasze dzieci spacerujące bez jarmułek.

Wobec tego już niedługo na płot zostanie narzucona narzuta, by dzieci nie widziały się nawzajem. Super, co nie?

A dlaczego o tym piszę? No bo wyobraziłem sobie, co by w swoim programie powiedział Jacek Pałasiński, gdyby podobna historia zdarzyła się w Kairze.

wtorek, 11 stycznia 2011

Ani malutkiej, ani dużutkiej, ani tyci, tyci, ani wow, wow, ani do testu, ani do zrzucenia na Polskę (bo pamiętacie jeszcze, że to właśnie przed tym strasznym niebezpieczeństwem chcieliśmy się chronić Tarczą Antyrakietową - niech spoczywa w pokoju, a orszak anielski jej duszę przyjmie), nie będzie miał bomby atomowej i już. A już na pewno nie przed 2015 rokiem - rzekł pod koniec ubiegłego tygodnia na spotkaniu z prasą pan Meir Dagan. Tak, zgadza się, dobrze kojarzycie - szef Mossadu. Własnie odchodzi na emeryturę, więc sami rozumiecie, mógł sobie pozwolić na szczerość, zamiast uprawiać zwykłe wojenne mambo dżambo będące specjalnością szefów wywiadu pod każdą szerokością geograficzną. Czy tam długością. Nie wiem, zawsze mi sie to myli.

Straszny się zrobił w Izraelu gnój, a Beniamin "Il Duce" Netanjahu opierdolił swojego uber szpiega, że hej. No bo co on zrobił? No w ogóle przewrócił do góry nogami i krzyżyk położył na całej tak misternie przygotowywanej operacji, by wszystkich Iranem przestraszyć, by ci wszyscy przelęknięci przybili sobie z Izraelem piątkę i przez palce popatrzyli na jakieś małe bombardowanko, czy też mikroskopijny dywanowy nalocik. No więc pan Dagan to wszystko pięknie i spektakularnie zniwe..... Zaraz, zaraz. Ups. Co też ja tu wam opisuję. Sorry.

Przecież nie widzieliście żadnej prasowo - telewizyjnej czołówki o tym, że doniesienia o irańskiej bombie są z palca ssane. Nie widzieliście, prawda? Ani w ogóle nic, żadnej wzmianki, żadnego artykuliku, żadnego nawet za przeproszeniem michałka o tym, co też tam najpewniej jebniety i starczą demencją szef Mossadu dotknięty w tym Izraelu wygaduje. Cisza, panie, jak makiem zasiał.

No bo po co psuć szyki Beniaminowi, co tak piękny namalował obraz izraelskiej oblężonej twierdzy, co tak piękne apokaliptyczne wizje grzybów nad Hajfą nam snuje. Po co wspominać, że ci tam Arabowie, czy Persowie, czy tam obojetnie, ważne, że muzułmanie, nie chca nas wszystkich wymordować. Skoro przecież wiemy, że właśnie, że chcą. No jak będziemy w TVN potem wojnę na żywo transmitowac i precyzyjnymi uderzeniami się fascynować, jak teraz poinformujemy, ze ta wojna jest generalnie bez sensu? Ano nijak. Ano.

Tymczasem obowiązująca wersja jest więc taka, ze Iran bombę będzie miał. Już za chwilę, już za momencik. Dlatego wojskowi planują przeciwko niemu akcje zbrojne, a politycy układają sankcję. Ach i żebyście nie myśleli, że te sankcje są takie niewinne. Jak usłyszycie o kolejnej katastrofie samolotu irańskich linii lotniczych, nie miejcie wątpliwości: każde państwo głosujące za sankcjami jest za nią odpowiedzialne sto razy bardziej, niż Rosjanie za Smoleńsk w najbardziej urojonych snach Antoniego Macierewicza. Powód? Części zamienne do samolotów również są nimi objęte(sankcjami, nie snami pisowskiego Che, niestety). Fajnie, co?

wtorek, 28 grudnia 2010

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Chętnie bym urządził jakiś plebiscyt sms-owy na ten temat, gdybym tylko wiedział, jak się takie hokus pokus wciela w życie. A że nie wiem, to pozostanę i bohatersko tkwił będę w wyżej wspomnianej, a jakże męczącej, dwoistości.

Płakać mi się chce, bo przeczytałem w polskiej prasie, że islamska policja złożona z emigrantów z Maroka (jak sądzę brudnych, smierdzących, szczerbatych i denerwująco obracających w dłoniach te dziwne kuleczki jakieś, kurwa, co to wyglądają jak NASZ różaniec) bije ludzi w Katalonii. Boję się o Messiego. I to mnie martwi. To łzy mi do oczu sprowadza. A dlaczego chce mi się śmiać? A to się zaraz przekonacie.

Chronologicznie to wygladało mniej więcej tak, że pierwsza była "Rzeczpospolita". I napisała, co następuje:

W 10 procentach z prawie tysiąca istniejących w Hiszpanii meczetów i muzułmańskich domów modlitwy głoszone są kazania, które można by potraktować jako wezwania do islamskiej świętej wojny – dżihadu. (...) Zgodnie z zaleceniami al Kaidy na razie prowadzony jest przede wszystkim dżihad ideologiczny, zamachy pozostawiono zaś na specjalne okazje.

Dżi - had  ide - olo - gicz - ny. Eeee... To zdaje się mniej więcej znaczy tyle, że przekonują do swoich racji? O ja pierdolę, masakra. To znaczy, że ja uprawiałem dzisiaj ideologiczny dżihad ze dwa razy przynajmniej. Super extra - wyglada na to, że z dżihadem jest u mnie ostatnio lepiej, niż z seksem. Oraz owszem, sprawia mi to jakąś perwersyjną przyjemność. Dziękuję Ci "Rzepo"! Zwłaszcza, że to nie koniec Twych darów:

W Hiszpanii na znaczeniu zyskują grupy salafickie, wyznające najbardziej radykalną odmianę islamu

Och, naprawdę? Salafici? Najbardziej radykalna grupa  - jak to człowiek żył dotyczczas w nieświadomości. Dobrze wiedzieć, tym bardziej, że robią oni rzeczy straszne:

W tym roku salafici zorganizowali dziesięć kongresów (dwa lata wcześniej tylko jeden). Charyzmatyczni kaznodzieje z Jordanii, Egiptu, Kuwejtu i Arabii Saudyjskiej wzywali na nich mieszkających w Hiszpanii wyznawców islamu, by wnieśli swój wkład w dzieło ustanowienia „globalnego kalifatu”. Kongresy są nie tylko okazją do indoktrynowania wiernych. Zbierane są na nich fundusze, przeznaczane później na budowę nowych meczetów i innych ośrodków salafickiej propagandy.

Jak to dobrze, że żadni katoliccy politycy nie chcą intronizować żadnych chrystusów, a księża na kazaniach w nadwiślańskich kościołach nie mówią nic o utworzeniu królestwa bożego na ziemi, bo prawdopodobnie według popularnego polskiego dziennika należałoby ich wszystkich uznać za tych tam, no, salafitów. Bo zbieranie funduszy akurat się zgadza, nie? No ale dobrze, nie wyśmiewajmy się tak z "Rzeczpospolitej". Ona chociaż przyznała, że przepisała to wszystko z prawicowego hiszpańskiego dziennika "ABC".

A dziś - pamiętacie jeszcze, że postanowiłem w niniejszym wpisie stosować się do chronologicznego porządku? - Maciej Stasiński napisał prawie to samo, ale o ABC nie wspomniał. Biorąc pod uwagę, że niezwykle cenię rzetelność dziennikarską redaktora Stasińskiego, uznaję, ze w takim razie wszystkiego sam się dowiedział. Cóż, tym gorzej dla niego. Bo dowiedział się Pan Maciej, iż:

W całym kraju istnieje około 1000 meczetów

Ależ skąd to pan wziął panie redaktorze (no bo przecież nie z "ABC")? Bo według chyba najbardziej rzetelnych badań Stefana Allieviego na ten temat  - jest ich około 500, z czego przygniatająca większośc to meczety małe, mieszczące się w mieszkaniach, bądź garażach

tabela
ot, choćby mniej więcej takie, jak ten w Leridzie, o którym jeszcze później wspomnimy, bo pisze o nim (znaczy dowiedział się) i o jego imamie także Maciej Stasiński:

meczet Lleida

Jeden z przywódców salafitów, imam meczetu w Léridzie Abdelwahab Houzi próbuje tworzyć tam minikalifat salaficki, w którym miejscowych muzułmanów obowiązuje szariat, a nie prawo hiszpańskie. (...) Utworzył nawet kilkuosobową "policję religijno-obyczajową", która napomina, a nawet fizycznie atakuje muzułmanki nienoszące zasłon albo się malujące.
Rozumiecie? Jakiś jebnięty duchowny utworzył z kolegami sześcioosobową, dziwaczną bojówkę (na 130 tysięczne miasto) i on już "tworzy minikalifat". Według tej miary ojciec Rydzyk zrobił już z Torunia dawno "megaWatykan". Ja już w ogóle pomijam, że w wywiadach to ten koleś wygląda bardziej na cwaniaka, niż radykała, że mówi:

La barba es una práctica religiosa pero el islam no obliga a nadie. Nosotros predicamos, pero no obligamos. No obligo, no tengo autoridad para obligar a nadie, ni a la mujer ni al hombre. (w skrócie: modlimy się, nie zmuszamy)
Pomijam to wszystko, bo najciekawsze jest dopiero przed nami, najciekawsze, czyli to, co sprawia, że płacząc jednak równiez śmieję się perliście. Na końcu swojego tekstu Stasiński pisze:
Wzmagający się fundamentalizm muzułmański skłonił kilka miast katalońskich, w tym Léridę, do prawnego zakazu noszenia burek i hidżabów w miejscach publicznych.
Kluczowe sformułowanie w tym miejscu to "na końcu". Juz po płaczach, zgryzotach i przerażeniach na temat policji islamskiej i kalifatu. Tymczasem - dadadadam - ten zakaz wprowadzono już pół roku temu. Wtedy Lerida była jednym z niewiele mówiących miejsc na mapie Hiszpanii, dziwny imam Abdelwahab Houzi był tylko pociesznym ziutkiem z brodą, a o żadnych islamskich bojówkach nikt nic nie słyszał, a nawet jaby tak na odwrót.

I teraz odpowiedzcie sobie same drogie dzieci: co jest skutkiem, a co przyczyną w naszej dzisiejszej dobranocce?

 

środa, 01 grudnia 2010

Wzruszyła mnie ta historia. Dzięki niej dowiedziałem się, że istnieje kawałek blachy ze wstążką zwany Gwiazdą Afganistanu (swoją drogą to świetna nazwa na jakiś fajny proch po 8 zeta za pigułę). A gdy się dowiedziałem, to łza zakręciła mi się w oku. Bo jakie to piękne. Oto państwo polskie nagradza dzielnych budowniczych nowej, demokratycznej, afgańskiej państwowości. Wyróżnia tych ludzi, co za czapkę gruszek tam stabilizują sytuację, drogi budują, cywilizują, dziewczyny chronią, co to burek nosić nie chcą, szkoły murują, szyją ubrania... Ups, zaraz, zaraz...

To jest jeden wielki nietakt (sprzedawanie medalu - przyp. r&b), bo to medal za służbę w strefie działań wojennych

- mówi major Mirosław Ochyra z Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych. O kurwa! To my walczymy na jakiejś wojnie? W Afganistanie? Wiedzieliście coś o tym? Rety, rety. Ale z kim wojna? Z Afganistanem właśnie? Orientujecie się? I dlaczego wypowiedzieliśmy im wojnę? Napadli na nas? Nic nie rozumiem.

To znaczy coś tam słyszałem, ale myślałem, że to jest misja pokojowa! Że grają tam se w siatę nasi chłopcy z sojusznikami w niesieniu pokoju, że przekazujemy Afgańczykom dary i że za to właśnie piotrkowskie przedszkolaki ślą świąteczne kartki naszym dzielnym kawalerzystom. A tu masz, okazuje się, że wcale, że nie. Okazuje się, że my się tam z nimi po prostu napierdalamy. My zdies' okupanty.

A to jeśli tak, to ja jestem pełen podziwu dla tego żołnierza, co spylił medal. Bo jest konsekwentny. No bo jak się już na ochotnika za pieniądze jedzie strzelać do afgańskich wieśniaków (zwanych też STRASZNYMI TERRORYSTAMI ZAGRAŻAJĄCYMI CYWILIZACJI ZACHODNIEJ), to po cholerę zgrywać potem świętoszka, co to za wolność waszą i naszą dzielnie bił się z Niemcem pod Cedynią. Jak już "from Ghazni there came a collar of fur" dla żony, to za te 700 stów z medalu mozna jeszcze dzieciakowi xboxa kupić. I przy okazji pozbyć się pamiątki, że kiedyś było się chujem. I dobrze.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner