ostrokrzew paragwajski

czwartek, 10 grudnia 2009

Pomysł na taki konkurs piękności mógł się narodzić tylko w Wenezueli. Miejscu kompletnie pieprzniętym na punkcie specyficznie pojmowanej cielesnej doskonałości, implantów i wyborów miss. Kraj rządzony przez Hugo Chaveza ma już monopol na wygrywanie wszechświatowych zawodów na najpiekniejsza panią, teraz przyszedł czas na panów. Na grubych panów. Na bardzo grubych panów w kieckach.

No bo Rory Carroll opisał w Guardianie pewną spektakularną bitwę o tytuł królowej piekności. Na scenie roi sie o transwestytów w bikini, z mega brzucholami wylewającymi się zza majtek, szczęśliwych jak cholera. No i jeszcze to:

As a socialist and a revolutionary I disapprove of pageants as a meat parade, but tonight's show is different. It's about transformation

To mówi Gabriel Silva, jeden z organizatorów konkursu. Cóż za transseksualna transgresja. No piękne. A piękne wygląd atak:

 

poniedziałek, 23 listopada 2009

Oto do czego doprowadzają lewackie mżonki i konsekwentne pądążanie drogą Ulbrichta, Kadara i Castro, oto jak Hugo Chavez dopisuje nowy rozdział do marksistowskiego style booka: zabrania śpiewać!!11!! Żadnego C-dur, żadnej pracy przepony, nic się śpiewnego z gardła  Wenezuelczykom wydobyć nie może.

Ani to:

Ani to:

Ani w ogóle nic.  No na razie zakazał wprawdzie śpiewania pod prysznicem, ale wszyscy przecież wiemy do jakiego rodzaju eskalacji prowadzą początkowo niewinnie wyglądające zachcianki dyktatora.

Do mniej więcej takich wniosków jak powyżej doszedł ostatnio Gerald Warner, nowo objawiony intelektualny tuz europejskiej żurnalistyki. Tuz to nawet za mało powiedziane. Właściwie jest on tuzem nad tuzy. Wielkim, ogromnym, monstrualnym. Tak normalnie wyrafinowanym, że kłopot sprawia mu już przeczytanie ze zrozumieniem prostego artykułu w gazecie, w której pracuje.

Bo wynika z niego jedynie, że Chavez wezwał do tego, by w miarę możliwości oszczędzać wodę, spędzać pod prysznicem około 3 minut i nie nucić w tym czasie, bo ja wiem, jednej z suit Jethro Tull. No. - To nie są czasy jacuzzi - rzekł Hugon.

Wezwania do oszczędzania wody nie są raczej zbyt oryginalne ostatnio. O jednym takim pomyśle pisał na przykład w wakacje Tierra Latina. No ale generalnie dla kolezanek i kolegów z Daily Telegraph albo z Miami Herald to są wszystko komunistyczne hocki klocki.

A ja tymczasem, jeśli pozwolicie, zrobie unik i pójde sobie nalać wodę do wanny. Ona się wydaje taka umiarkowana. Ta wanna.

piątek, 04 września 2009

Skoro w poprzedniej notce ostro pojechałem po Hugo Chavezie, to teraz go troche pobronię. A żeby było zabawniej, to będę go bronił przed Slavojem Žižkiem. Bo właśnie przed chwilą skończyłem nadrabiać zaległości i przeczytałem wywiad Macieja Stasińskiego ze słoweńskim filozofem, który opublikowała ubiegłotygodniowa "Gazeta Świąteczna".

No, Žižek jak to Žižek w swych medialnych wcieleniach: nieodmiennie błyskotliwy, prowokujący, niespójny i zaprzeczający sobie w co drugim zdaniu, ale uroczy jak cholera. I przecież za to go lubimy, nieprawdaż? Ale tak się akurat złożyło, że w rozmowie dla Świątecznej kolega Slavoj wypowiedział kilka bezsensownych zdań na temat Hugo Chaveza. Chociaż również jestem coraz bardziej krytycznie nastawiony do boskiego Hugona, to jednak wciąż irytują mnie brednie wypowiadane na jego temat. A jeśli wypowiada je facet, który był kojarzony jeszcze niedawno z sympatią dla wenezuelskiego prezydenta, to jednak trzeba by parę rzeczy sprostować. A tak na marginesie to jestem ciekaw, czy Žižek autoryzuje te wszystkie wywiady, czy to może jakieś mroczne techniki hipnotyczne Macieja Stasińskiego spowodowały, ze powiedział to, co powiedział... Zresztą nieważne, przejdźmy do rzeczy.

Rzecze Slavoj:

Sam nie mam żadnych złudzeń co do Chaveza. Moim zdaniem chyli się ku upadkowi. Już używa armii, żeby farmerzy nie mogli eksportować żywności, wskazuje, które książki są dobre, a które nie. Zakazał emisji serialu "Simpsonowie", bo to rzekomo raniło moralność społeczeństwa. To taki Fidel Castro, ale bogaty. On gra kartą antyamerykańską za amerykańskie dolary, bo sprzedaje USA ropę.

Zacznijmy od poczatku, od biednych farmerów przeciwko którym Chavez "użył armii". Žižkowi chodzi zapewne o sprawę ze stycznia 2008 roku, kiedy w swoim przemówieniu Chavez zagroził nacjonalizacją prywatnym zakładom mleczarskim, jeśli nie zaczną dostarczać mleka na rynek krajowy, zamiast tego sprzedając je za wyższą cenę na rynki zagraniczne. Zagroził także, że w razie oporu, "nie zawaha się użyć wojska". Z tego co mi wiadomo, wojska nie użył i masakry "biednych farmerów" nie dokonał, co nie przeszkadza oczywiście Slavojowi twierdzić, że było dokładnie odwrotnie. Żeby było śmieszniej w tym samym czasie, kiedy wenezuelski prezydent wypowiadał swoje groźbyy, Žižek napisał tekst, gdzie wychwala Chaveza, pisząc m. in.:

Warto zwrócić uwagę, że droga, na którą w 2006 roku wszedł Hugo Chávez, jest całkowitym przeciwieństwem sposobu wybranego przez postmodernistyczną lewicę: nie stawiał oporu władzy, tylko po nią sięgnął. I najstraszniejsza rzecz: teraz, kiedy odczuł ekonomiczne skutki "oporu" kapitału wobec jego rządów (tymczasowe niedobory niektórych towarów w subsydiowanych przez państwo supermarketach), ogłosił plan połączenia 24 popierających go partii w jedną. Nawet niektórzy spośród jego sojuszników sceptycznie odnieśli się do tego pomysłu. To ryzykowne posunięcie zasługuje jednak na pełne poparcie (...)

Prawda, że zabawne? Ok, to jedziemy dalej. "Simpsonowie". Oczywiście Chavez nie zakazał pokazywania tego serialu. To znowu - komiczne sie to robi coraz bardziej - sprawa z początku ubiegłego roku. Wenezuelska telewizja Televen ogłosiła, że z powodu skarg wielu widzów zaprzestaje odtwarzania "Simpsonów" o 11 rano, gdyż jest to nieodpowiednia pora na wyświetlanie kreskówki skierowanej raczej do starszych widzów. Na jego miejsce wszedł - ha ha - "Słoneczny Patrol". Co ma z tym wspólnego Chavez? No dalibóg nie wiadomo. Ale słoweński filozof niestety ośmiesza sie jeszcze bardziej, bo - tak, tak, zgadliście - telewizja Televen po prostu przesunęła "Simpsonów" na późniejszą porę. Teraz pokazuje serial o godzinie 20.

Teraz książki. Owszem wskazywanie, przez głowę państwa, jaka literatura jest cacy, a jaka be, jest kuriozalne. Warto jednak zwrócić uwagę, że skoro najpierw Chavez "nauczył" biedotę czytać (tu możecie znaleźć statystyki UNESCO na ten temat, a w skrócie: Adult Literacy Rate / 1990: 89,8 proc / 2001: 93 proc. / 2007: 95,2), to może nie ma nic specjalnie złego w tym, że zasugeruje jej również, co jego zdaniem czytać powinna. Niech inni proponują własną listę lektur - what's the problem?

Uff. Uwag Slavoja, że jak się z kims handluje to nie można go krytykować oraz jego paternalistyczno bełkotliwego zdania o "faszystowsko-populistyczno-lewicowym latynoamerykańskim reżimie" (WTF?) nie będę komentował, bo wydaje mi się, że komentują się same. No, naprawdę, Maciej Stasiński musi mieć ogromną moc, ze w jego towarzystwie inteligentny, fajny facet w krótkiej wypowiedzi tak odlatuje w kosmos. No. A ze zdaniem Žižka, że Chavez chyli sie ku upadkowi akurat się zgadzam. Ale nie znaczy to jeszcze, żeby gadać o wenezuelskim prezydencie niestworzone głupoty.

PS Pojawił się trailer "South of the Border" filmu Olivera Stona o "Chavezie i południowoamerykańskiej rewolucji". Zajawka filmu jest bardzo zachęcająca, a przebitki gadających głów z amerykańskich mediów (gadających o Chavezie) sprawiły, że szczeka mi opadła, musze przyznać.

PS2 Oho: Ameryka Łacińska protestuje przeciw Chavezowi

Za PAP:

Protest w stolicy Hondurasu poprowadził pełniący urząd prezydenta Roberto Micheletti, który po przewrocie w państwie zastąpił na stanowisku Manuela Zelayę, sojusznika Chaveza. "Jeśli polityk próbuje pozostać u władzy trzymając się dyktatora, takiego jak Chavez, to mu się to nie powiedzie" - powiedział Micheletti. "Powstrzymamy go" - dodał.

Ja już pomijam kuriozalny tytuł (jeśli PAP chciałaby zachować proporcje, to notkę o niedawnych protestach paru dziwnych gości przeciwko koncertowi Madonny powinna zatytułować: Cała Polska protestuje przeciw Madonnie), ale jeśli autor bezczelnego antydemokratycznego przewrotu - akcji jakby żywcem wyjętej z dawnej, smutnej politycznej historii Ameryki Łacińskiej - firmuje te protesty, to jest to dobry powód, żeby jemu i wszystkim demonstrantom powiedzieć staropolskie "wypierdalać".

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

cha cha

Dobrze, umówmy się, że kiedy wenezuelska prokurator generalna mówi o antyrządowych demonstracjach jako o "aktach wymierzonych w stabilność państwa", a po jej słowach następują zatrzymania niektórych liderów opozycji, to zaczyna się robic mało zabawnie. Jesli do słów i czynów pani Luisy Ortegi Diaz dodamy jeszcze niedawne zamieszanie z zamykaniem lokalnych stacji radiowych, by "zwrócić je ludowi", to otrzymamy mało zachęcający obraz ewolucji rządów Hugo Chaveza.

Wygląda na to, ze boski Hugo nie potrafi się zatrzymać. To, co było niegdyś jego zaletą - to jest brak typowo europejskich lewicowych strachów przed naruszeniem status quo i odwaga sięgania po polityki, które niby to wydawały sie nie do pomyślenia z obawy przed "reakcją rynków finansowych", czy "zagranicznych inwestorów" - w tej chwili przeradza się w przekleństwo. Jego rządy zaczynają przypominac jakąś dziwaczną wariację na temat permanetnej rewolucji. Wenezuelski prezydent zdaje się gardzić jakimkolwiek rodzajem politycznej stabilizacji, słowa niuans i kompromis chyba na dobre wyparowały z jego słownika.

W niezbyt dobrych dla gospodarki wenezuelskiej czasach i w chwili, gdy konstrukcja rewolucji boliwariańskiej zaczyna przypominac wieczne i coraz bardziej rdzewiejące rusztowanie, postawione może i w chwalebnych intencjach, ale będące już coraz bardziej fasadą, aż się prosi o uspokojenie politycznej atmosfery. Wypadałoby raczej spróbować wciągnąc opozycję do rządzenia (pewnie i tak by się nie udało, ale politycznie liczyłaby się sama próba), choćby po to, by trochę rozmyć odpowiedzialność za wenezuelskie skutki światowego kryzysu. Zamiast tego Chavez wybrał polityczną, hardcorową inwazję, inwazję póki co, z pragmatycznego punktu widzenia, skuteczną.

Obawiam się jednak, że po obecnej serii spektakularnych pyrrusowych zwycięstw Hugo Chavez wyląduje na ostatnim miejscu w tabeli i rychło spadnie do drugiej ligi. I nikt za jego degradację nie da najmniejszego, złamanego faka, bo pozbawiony romantyzmu i coraz bardziej wpadający w nacjonalistyczne narracje Chavez będzie już tylko niezbyt sprawnym przywódcą o autorytarnych ciagotach, z którym kiedyś może i wiązano jakieś nadzieję, ale "cotokogoterazobchodzi".

Ulrika Meinhoff napisała kiedyś słynne zdanie, że "wszyscy mówią o pogodzie, my nie". To dość gorzko zabawne jak Chavez staje się właśnie jednym z czołowych "wicherków", co to o pogodzie nawijają nieustannie -  to jego energiczne tłuczenie w nacjonalistyczny bębenek, to jego opowiadanie o spiskach połączone z rodzajem konserwatywnej opowieści, według której "może i nie jest za dobrze, ale nie da sie nic zrobić bo to i tamto"...

Tak jak w Niemczech Zachodnich lat 60. "tym i tamtym" było zagrożenie ze strony bloku sowieckiego i fałszywa, służaca do petryfikacji chorego systemu, troska o demokratyczne, swieże fundamenty Republiki Federalnej, tak u Chaveza jest to zagrożenie ze strony USA i troska, także fałszywa, o utrwalenie zdobyczy rewolucji boliwariańskiej. Chavez coraz mniej staje się politykiem, a coraz bardziej Wielkim Biurokratą stojącym na straży zbudowanego przez siebie systemu. Szkoda.

Choc oczywiście zdaję sobie sprawę, że trudno prowadzic sprawną, skuteczną politykę w tak skrajnie wrogim otoczeniu w jakim działa w Wenezueli nasz bohater z obrazka. W sytuacji gdy przygniatająca większość elit za nadrzędny cel - właściwie od poczatku rządów Hugona - obrała sobie usunięcie go z urzędu, nie jest łatwo funkcjonować. Chavez - jako odpowiedź na tę sytuację - zamiast kompromisów, wybrał konfrontację, zamiast próby przekonania do siebie częsci elit wybrał wykształcenie elity własnej, nowej, oraz, ho ho, boliwariańskiej. Ze średnim skutkiem.

O ile w pierwszej fazie jego rządów ten wybór był bardzo racjonalny, pokazywał, że el presidente nie zamierza być malowanym przywódcą od machania flagą i i wygłaszania lewicowych frazesów w telewizji, że zamierza prowadzić prawdziwą politykę, to w pewnym momencie wenezuelski prezydent przegapił moment, żeby się zatrzymać i wyciagnąć rękę do politycznych przeciwników. Zamiast tego postawił na coraz bardziej kuriozalny radykalizm przyjmujący postać chóru z greckiej tragedii: liczba i ciężar słów stają się odwrotnie proporcjalne do ciężaru i liczby czynów. W ten sposób boski Hugon uzależnił się kompletnie od tworu, który powołał na świat, a nowa, stworzona przez rewolucję Chaveza, wenezuelska elita bardzo szybko okopała się na swoich pozycjach, za główny cel obierając sobie ochronę swojego statusu i pomnażanie zer na bankowych kontach.

W ten sposób Hugo zaczął grać na boisku opozycji, według jej reguł i oczekiwań, coraz bardziej przekształcając się w karykaturę propagandowych antychavistowskich obrazków. Co to oznacza? Ano tyle, ze oczywiście nie stanie się żadnym Hitlerem, czy Mussolinim, ale po prostu nieudolnym bufonem, który z różnych powodów, zaprzepaścił swoją szansę. Jeszcze parę razy o nim usłyszymy, jeszcze trochę pokrzyczy o socjaliźmie, ale coraz bardziej rozsypujący się twór zwany rewolucją boliwariańską sprawi, że w końcu obywatele Wenezueli przyjdą do Miraflores, zgaszą światło i powiedzą: Wiesz co Hugo? Daj juz spokój chłopie.

Bo Chavez już raczej nie panuje nad sytuacją, nie prowadzi polityki, tylko gra w jakiejś dziwnej mydlanej operze o Wielkim Przywódcy. Staje się z dnia na dzień coraz bardziej zniewolonym zakładnikiem swej autokreacji. I chyba nie uda mu się już wyrwać z tej niewoli.  No szkoda, że się powtórzę, bardzo szkoda.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

No, bo było tak, że tajna komórka operacji specjalnych rewolucji boliwariańskiej przez podstawionych agentów, którzy brawurowo odgrywali jurorów (wiecie, złoty sygnet, obmierzły uśmiech, 20 kilo nadwagi, nadużywanie słowa "maleńka") konkursu Miss Universe, po raz drugi z rzędu podstępem i moralnym  terrorem przyznała tytuł najpiekniejszej kobiety wszechświata całego wraz z przyległościami Miss Wenezueli.  Pierwsza była rok temu Dayana Mendoza - o jej słynnej wycieczce do Guantanamo już tu kiedyś pisaliśmy - a teraz nadszedł czas na Stefanię Fernandez:

Zgodnie z zasadą, że daj lewakowi palec, to zaraz rękę całą ci utnie i złote pierścionki z palców pościąga, następną Miss Universe zostanie najprawdopodobniej Hugo Chavez. O ile wszechświat to dla niego nie za mało. I w ogóle, to przymierzam się, żeby coś wreszcie większego o niezbyt fajnej ewolucji boskiego Hugona napisać, bo jakims cudem mam kilka jakże błyskotliwych przemyśleń na ten temat, ale zrobię to dopiero jak będę miał chwilę czasu, czyli najwcześniej w następnym tygodniu.

PS A tytuł notki bezczelnie podpieprzyłem z bloga BoRev

czwartek, 25 czerwca 2009

Hugo Chavez nie skorzystał z okazji, by siedzieć cicho. Niestety, bo go lubię i z zażenowaniem patrzę jak efektownie strzela sobie w stopę, zupełnie nie wiadomo po co. Prezydent Wenezueli stwierdził dziś, że za protestami w Iranie stoi CIA i państwa europejskie. No szfak!

Ja bardzo dobrze rozumiem, że po próbie przewrotu w Wenezueli, który rzeczywiście był inspirowany przez amerykańskie specsłużby, Hugon jest nieco wyczulony na tego typu historię, ale naprawdę przez wzgląd na szacunek dla ofiar zielonej rewolucji, mógłby stulić swój niewyparzony dziub i nie opowiadać pierdół.

Wystarczyłoby w zupełności, gdyby wygłosił oświadczenie, że wybory w Iranie jego zdaniem nie zostały sfałszowane. Byłby to jasny przekaz polityczny i do tego nie aż tak znowu mocno kontrowersyjny. No ale oczywiście kolega Chavez nie mógł przepuscić okazji, by znaleźć się w czołówkach światowych serwisów informacyjnych.

No cóż, chciał, to ma.

piątek, 29 maja 2009

Tak mnie rozbawił Maciej Stasiński, że postanowiłem na chwilę wrócić z wewnętrznej emgracji. Pan redaktor napisał tekst o tym, jak to Chavez prześladuje Mario Vargasa Llosę, wspaniałego pisarza (oraz liberalnego polityka i publicystę), który to właśnie udał się do Wenezueli na, jak pisze Stasiński, konferencję "intelektualistów dyskutujących o wolności słowa", organizowaną przez "prywatny ośrodek analityczny w Caracas". Oczywiście pan Maciej nie informuje nas, co to za ośrodek, a nie informuje nas o tym dlatego, że szefowa owego ośrodka kompromituje swoją osobą jakąkolwiek dyskusję o wolności słowa.

Bo chodzi o Centro de Divulgación del Conocimiento Económico CEDICE, neoliberalny, wenezuelski think tank. Ale to akurat jest najmniej ważne. Najzabawniejsze jest to, kto szefuje tej zacnej i cudnej organizacji. A jest to, drodzy państwo, Rocio Guijarro, jedna z autorów tzw. Dekretu Carmony, czyli dokumentu, który podczas puczu przeciwko Chavezowi w 2002 roku, rozwiązywał wszystkie legalne i demokratyczne instytucje (nasza bohaterka podpisała go w imieniu organizacji pozarządowych - ha, ha - zaśmiał się hrabia).

O, tu sobie siedzi, o ile mnie wzrok nie myli, podczas szopki pt. "puczyści wybierają nowego prezydenta, ale jakim prawem?":

Carmona und Guijarro  

Tak, moi drodzy, pani Guijarro jest zwykłą puczystką, która siłą obaliła legalne, demokratyczne władze (na szczęście tylko na chwilę), a teraz organizuje konferencję o wolności słowa. Czyż nie jest to komiczne, że hej? I czyż twarz nasza nie jest cała mokra od wylewanych ze śmiechu łez, kiedy konstatujemy, że redaktor Stasiński ponownie nie poinformował swoich czytelników o czymś ważnym, bo nie pasowało mu to do tezy?
sobota, 18 kwietnia 2009

obama chavez

Czyż to zdjęcie nie jest wzruszające? Czyż łza sie w oku nie kręci kiedy "szatan" spotyka się z "dyktatorem"? Czyż radość serca nie wypełnia, kiedy po raz kolejny (wcześniej w sprawie Iranu) nie spełniają się wypowiadane z napuszonymi minami analizy prawicowych publicystów, ze Obama będzie kontynuował linię kolegi Georga?

Do spotkania doszło na Szczycie Amerykańskim w Trynidadzie i Tobago. Miał je zainicjowac prezydent USA. Panowie uścisnęli sobie ręce. - I want to be your friend - mruknął uwodzicielsko Hugon. Agencje póki co milczą na temat tego, co Barack rzekł w odpowiedzi. Ale możemy być raczej pewni, że nie była to ich ostatnia randka. Czego i państwu życzę w tę pochmurną, ciepłą i melancholijną sobotę.

PS No i nie moge sie powstrzymać, by nie zacytować samego siebie. Cztery miesiące temu w tej notce pisałem:

Poza tym chciałbym zobaczyć minę Stasińskiego, jeśli na kwietniowym Szczycie Amerykańskim w Trynidadzie i Tobago Obama spotka się z Chavezem.

Och, kurcze, jak chciałbym.

UPDATE. Heh, chłopcy dają czadu i od pierwszej randki płynnie przeszli do randki drugiej. Przy czym już dają sobie prezenty. To co będzie dalej? Na pewno dalej bedzie poniedziałkowa Gazeta Wyborcza, a w niej, mam nadzieję, artykuł pana Macieja Stasińskiego. Dawno na żaden tekst nie czekałem z takim utęsknieniem jak na ten.

UPDATE2. No jakie wzruszające. Poniżej wariacja na temat spotkania, więcej na blogu BoRev:

crazy chavez obama spring

zdjecie: AP 

środa, 08 kwietnia 2009

...Wenezuela jest dyktaturą, w której opozycyjne partie polityczne działają jawnie i legalnie, w której opozycyjne media działają jawnie i legalnie, w której ludzie z klasy średniej otwarcie, głośno i bezkompromisowo sprzeciwiają się rządowi bez strachu, że spotka ich za to kara, (...), w której część tych samych ludzi pisze pod własnymi nazwiskami krytyczne wobec rządu blogi, występuje w programach telewizyjnych, zapełnia kolumny gazet, w której "dyktatorski rząd" doskonale wie, kim owi ludzie są, gdzie mieszkają, gdzie można ich dopaść i pojmać, ale jakoś tego robi... Lecz, cóż, mimo tego wszystkiego, Wenezuela wciąż jest dyktaturą.

Powyższy tekst nie jest mój. Ba, nie dotyczy on nawet polskich dziennikarzy piszących o Wenezueli, choć doskonale by do nich pasował. To fragment notki Juana Cristobala z bloga Caracas Chronicles. Cristobal to dziennikarz niezwykle krytyczny wobec Hugo Chaveza. Jak już kiedyś wspomniałem, żałuję, że wenezuelska opozycja nie ma jego twarzy. Nawet nie dlatego, że podzielam jego poglądy, bo w przygniatającej części ich nie podzielam. Po prostu na tle herosów antychavistowskiej "opozycji demokratycznej" facet wręcz poraża rozsądkiem, inteligencją i trzeźwym spojrzeniem na świat.

czwartek, 26 lutego 2009

Dziś kolejna opowieść z cyklu historii udawadniających demokratyczny charakter władzy Hugo Chaveza za pomocą autorytetów zewnętrznych. Tym razem wesoły i pełen ciepła list napisał do Hugona prezydent Sarkozy. Jest to o tyle ciekawe, że rok temu mąż Carli Bruni przeforsował we Francji reformę konstytucji dokładnie odwrotną do wenezuelskiej, czyli ograniczył możliwość sprawowania urzędu prezydenta do dwóch kadencji.

Mimo to Nicolas pisze:

"Referendum, które charakteryzowało się wysokim uczestnictwem obywateli, pokazało po raz kolejny witalność wenezuelskiej demokracji"

Oraz:

"Mam nadzieję, że wynik referendum pozwoli Panu na kontynuowanie programów, które wprowadzał Pan w życie w ciągu ostatnich dziesięciu lat, zwłaszcza tych, które poprawiały sprawiedliwość i redukowały nierówności społeczne w Wenezueli"

A tak z zupełnie innej beczki, to oglądałem dziś po raz kolejny Revolution Will Not Be Televised i zaskoczyło mnie, bo już zapomniałem, jak bardzo powtarzalne są obelgi i zarzuty wobec Chaveza i jak bardzo ohydne sa niektóre opozycyjne postaci. Przypomniałem sobie, że porównania Chaveza do Mussoliniego i Hitlera są już w obiegu od 2002 roku i że już od siedmiu lat wszyscy jakże niezależni eksperci  i dziennikarze wieszczą, że dyktatura Hugona jest tuż za rogiem. Bardzo to zabawne. A sam film nieustająco niezwykle polecam - link powyżej prowadzi do całości na you tube.

 
1 , 2 , 3

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner