benzoesan sodu

piątek, 24 lipca 2009

Tak się zabawnie składa, że kilka dni po hucznie obchodzonym opublikowaniu listu wszystkich środkowoeuropejskich świętych (z polskimi świętymi na czele) wyrażających ogromne zatroskanie nową polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych, ukazał się 25-Nation Pew Global Attitudes Survey, wielki międzynarodowy sondaż dotyczący w głównej mierze stosunku światowej opinii publicznej do USA po objęciu przez Baracka Obamę urzędu prezydenta.

Jego wyniki są bardzo ciekawe, ale zanim przejdę do ich omówienia (siłą rzeczy dość pobieżnego, ponieważ raport z badań ma ponad 200 stron i znalazłem na razie czas, żeby go zaledwie szybko przejrzeć), chciałbym jeszcze przez chwilę zatrzymac się nad niesławnym listem szacownych mężów stanu.

Nie będę się nad nimi zbytnio pastwił - tym bardziej, że absurdy zawarte w liście celnie wypunktował juz prof. Roman Kuźniar - ale jednak szczególnie zabawnym znajduję fakt, że nazwiska podpisane pod listem co do jednego popierały szaleńczą politykę Georga W. Busha. Otóż zdaje się, że panowie i panie ponownie nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho i spektakularnie się wygłupili - cóż, widocznie takie mają hobby.

Niezwykle śmieszna jest także fiksacja autorów listu na punkcie tarczy rakietowej. O ile jeszcze inne ich tezy da się racjonalnie wytłumaczyć po prostu błędną i rozpadająca się ze starości i skostnienia analizą sytuacji międzynarodowej, to kładzenie tak wielkiego nacisku na kwestię tarczy jest już czystym kabaretem. Bo myślałem, że dla każdego przynajmniej od pół roku jest jasne, ze żadnej tarczy nie będzie.

Ba! To było przeciez prawie pewne już podczas szopki pt. "podpisywanie porozumienia z panią Rice" - a to, że kupiliśmy od neokonserwatystów ich ideologiczne Niderlandy, to świadczy tylko o naszej głupocie. Z Barackiem Obamą to ma raczej mało wspólnego. I w ogóle - że zadam takie naiwne pytanie - ktoś się orientuje, dlaczego polscy politycy tak się uparli, byśmy mieli nad Wisłą tarcze przeciwko irańskim rakietom?

No ale dobrze, przejdźmy do sondażu. Oczywiście jego wyniki stoją w totalnej sprzeczności z tezami Aleksandra Kwaśniewskiego i spółki - trend jest taki, że prawie na całym swiecie zwiększyło się zaufanie do polityki zagranicznej USA, a nacisk, który kładzie ona na multilateralizm, rozmowy i dążenie do kompromisu dość powszechnie jest odczytywany jako szansa, a nie jako zagrożenie.

Rzecz jasna może być i tak, że cały świat się myli, a tylko prezydent Kwaśniewski z kolegami wykazuje się przenikliwością, obawiając się Obamy, ale raczej przypuszczam, że wątpie, aby była to prawdopodobna hipoteza.

Przygniatająca większośc respondentów sądzi, że Obama lepiej niz Bush będzie radził sobie na arenie międzynarodowej:

bush_vs. Obama

Przepaść między zaufaniem dla obydwu prezydentów równiez jest ogromna:

gap

I to, uwaga, uwaga, panie Kwasniewski, nawet pomimo tego skandalicznego przecież faktu, że zdaniem światowej opinii publicznej Obama będzie prowadził - a właściwie już prowadzi - politykę bardziej wielostronną, partnerską, zorientowaną na branie pod uwagę interesów rozmówcy, nawet jeśli tym rozmówcą jest jakiś przebrzydły, tfu, Rosjanin:

multi

A żeby było jeszcze zabawniej, po zwycięstwie Obamy poparcie dla przewodniej roli Stanów Zjednoczonych w walce z terroryzmem - Tomasz Wróblewski, Łukasz Warzecha i niezawodny profesor Lewicki prawdopodobnie przewracają się w łóżkach - wzrosło:

terr

Nie mówiąc już o tym, że w krajach muzułmańskich pod względem poparcia i zaufania Obama bije Osamę w stosunku 5:2 (George W. Bush oczywiście dokładnie tyle z Bin Ladenem przegrywał):

osamaobama

Z ciekawostek. Po pierwsze okazuje się, że odsetek Polaków mających negatywny stosunek do Rosji jest taki sam jak - uwaga, uwaga - odsetek Francuzów: w obu przypadkach wynosi on 56 proc. Po drugie Polska jest na trzecim miejscu wśród badanych krajów pod względem wzrostu negatywnych opinii na temat aktualnej sytuacji gospodarczej kraju: odsetek pozytywnych ocen spadł nad Wisłą z 52 do 29 proc. W tempie pogarszania się nastrojów wyprzedzają nas tylko Niemcy i Rosja - zdecydowanie nie jest to dobra wiadomość dla Donalda Tuska.

To tyle, bo zrobiło się późno. Serdecznie polecam zapoznanie się z całym raportem - link na początku notki. W przygniatającej części krajów badania były przeprowadzane na ogólnokrajowej reprezentatywnej próbce dorosłych mieszkańców (w Chinach, Brazylii, Pakistanie, Indiach nadreprezentowani byli mieszkańcy obszarów miejskich, w Izraelu nadrezprezentowani w próbce byli Arabscy mieszkańcy) w maju i czercu tego roku.

01:55, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 stycznia 2009

Wyobraźcie sobie, że Jose Serrano, kongresmen z ramienia Partii Demokratycznej, przedstawił ostatnio projekt ustawy znoszącej 22 poprawkę do amerykańskiej konstytucji. Owa poprawka, uwaga, uwaga, zakazuje pełnić urząd prezydenta USA przez więcej niż dwie kadencje. Po jej zniesieniu droga ku ewentualnej trzeciej kadencji byłaby przed Barackiem Obamą otwarta.

No, wyobrażacie sobie? Nie tylko w tym szalonym wenezuelskim nazistowskim gułagu rodzą się takie pomysły. Jak to możliwe? Czyżby Maciej Stasiński się mylił? Czyżby projekt zmian w konstytucji znoszący ograniczenie kadencji miał być czymś normalnym i spotykanym również w kolebce demokracji? A może Obama już też został dyktatorem i przez posłusznych sobie kongresmenów chce, tak jak Chavez, zostać nowym Hitlerem Castro? Tyle pytań ciśnie się na usta i znikąd pomocy, odpowiedzi znikąd.

I wiecie, tylko ten stukot, ten stukot w głowie, że ograniczenie kadencji wprowadzono w USA dopiero w 1951 roku (ale co sobie Franklin Delano Roosevelt porządził to jego - trzy pełne kadencje, czwartą przerwała śmierć prezydenta), a na przykład we Francji nie ma go do tej pory /we Francji w ubiegłym roku wprowadzono ograniczenie ilości kadencji do dwóch/. Więc może by się tak odczepić od Chaveza w tej sprawie? 

21:45, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (17) »
wtorek, 23 grudnia 2008

Miało nie być żadnych zdjęć, wszystko miało być Top Secret i pod ścisłą ochroną, ale od czego współczesne media wymyśliły paparazzich? Kolega Bauer Griffin złapał w obiektyw rodzinę Obamów i umieścił te zdjęcia na swojej stronie. Kliknijcie tu, a jeśli link nie działa (co niewykluczone, bo odwiedzin tam tryliard) spróbujcie tutaj.

Atrakcją jest niewątpliwie Barack bez koszulki (trzeba przyznać, ze wygląda chłopak zdrowo), a także Michelle owinięta ręcznikiem, która na tych zdjęciach kojarzy mi się, nie wiedzieć czemu, z Erykah Badu.

To potraktujcie ten plotkarski wpis jako prezent noworoczny, bo następnym razem napiszę coś już raczej next year. Tymczasem idę na pociąg. Ciao. 

04:21, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 listopada 2008

weathermen

Czytam sobie wywiad z Billem Ayersem, przeglądam różne rozmowy z jego żoną Bernardine Dohrn i dochodzę do wniosku, że to bardzo fajni ludzie. Tacy modelowi lewicowi terroryści z czytanek dla młodych adeptów lewicowego terroru.

Pamiętacie jeszcze? Dawna pogawędka przy kawie z Billem i Bernardine sprowadziła na Baracka Obamę gromy republikańskich przeciwników, którzy podczas kampanii prezydenckiej zarzucali mu, że "kumpluje się z terrorystami". Co ciekawe, całe zainteresowanie opinii publicznej i różnych prawicowych maniaków skoncentrowało się na Ayersie, a nie na jego żonie, która w rzeczywistości była postacią wiodącą w ich terrorystycznym procederze.

Ayers i Dohrn byli w latach 60' radykalnymi działaczami studenckimi sprzeciwiającymi się wojnie w Wietnamie. Ale, że mainstream ruchu zaczął im niezbyt odpowiadać, wyemancypowali się, tworząc organizację Weatherman, która w okresie konspiracyjnym przekształciła się w Weather Underground. Ich pierwszym wielkim osiągnieciem było zorganizowanie w Chicago antywojennych Dni Wściekłości, które pod hasłem "Przenieś wojnę do domu" wyznaczyły, że tak powiem, nowy styl w antywojennej, zazwyczaj pacyfistycznej, narracji.

brin the war home

No a potem to już poszło. Podkładali bomby w budynkach instytucji państwowych, ale, jak podkreślają, nigdy nie zrobili nikomu krzywdy w sensie fizycznym (jedyne ofiary śmiertelne zdarzyły się w samej organizacji, kiedy to jedna z bomb wybuchła podczas jej przygotowywania).

Ayers: - Byliśmy napędzani przez skrzyżowanie nadziei i desperacji. Szukając sposobu jak skończyć wojnę w Wietnamie wdarliśmy się na przykład do Pentagonu i umieściliśmy w łazience mały ładunek wybuchowy, który miał uszkodzić komputer Sił Powietrznych. Był to akt skrajnego wandalizmu, ale nie nazwałbym tego terroryzmem.

Dohrn: Zrobiliśmy tylko klika zamachów i wszystkie były drobiazgowo przygotowane. Brały na cel budynki i ich intencją nie było skrzywdzenie kogokolwiek. To były akty symboliczne, przeprowadzane po to, by ludzie mogli szybciej zrozumieć, co jest do nich mówione. To była "uzbrojona propaganda".

Inwigilacja przez FBI, ukrywanie się przez całe lata 70' pod fałszywymi tożsamościami na przedmieściach Chicago, znalezienie się na osobistej czarnej liście Edgara Hoovera, który o Bernardine zwykł mówić per "La Pasionaria szalonej lewicy", typowe dla najradykalniejszych radykałów podziały na frakcje, wywrotowe manifesty przyjmujące fantazyjne nazwy ("Ogień Prerii") i specyficzny pokulturowo marksistowsko-leninowski slang - wszystko to powoduje, że historia Billa Ayersa i Bernardine Dohrn jest - hm, jakby to powiedzieć - słodka i kusząca, trochę jakby wyjęta z "Książki dla Manuela" Julio Cortazara.

To, co jest jeszcze fajnego w Ayersie i Dohrn, to fakt, że, będąc obecnie mniej lub bardziej uznanymi działaczami społecznymi, nauczycielami akademickimi, nie pieprzą głodnych kawałków o tym, jak to żałują swojej politycznej przeszłości. 

Ayers: Choć żałuję wielu rzeczy (w wieku 63 lat nie można tego uniknąć), to jednak nie żałuję swojego sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie. Zbrodniczej, gwałtownej, terrorystycznej wojny przeciwko całemu społeczeństwu.

Dohrn: Cały czas postrzegam siebie jako radykała.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, co Bill Ayers sądzi o Baracku Obamie, spiskowych teoriach dziejów ze sobą w roli głównej, a nie chce wam się czytać wywiadu zalinkowanego na poczatku notki, możecie jego skrót obejrzeć poniżej:

 

 

_____________________________________

politykaglobalna

02:19, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (15) »
czwartek, 13 listopada 2008

Scott Eckern, dyrektor artystyczny California Musical Theatre zrezygnował ze swojego stanowiska, kiedy wyszło na jaw, że wsparł finansowo kampanię na rzecz zakazu zawierania małżeństw homoseksualnych w Kalifornii. Chodzi o tzw. Proposition 8, poprawkę wprowadzającą do stanowej konstytucji zakaz zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci (zostały one zalegalizowane w Kalifornii w maju tego roku). Referendum w tej sprawie odbyło się w dniu wyborów prezydenckich, zmiana przeszła stosunkiem głosów 52 proc. do 48 proc.

Gdy okazało się, że Eckern wpłacił 1000 dolarów na rzecz sztabu koordynującego akcję wzywającą do poparcia delegalizującej poprawki wybuchł skandal, a środowiska artystyczne i organizacje gay/les ogłosiły bojkot teatru. Trzeba przyznać Eckernowi, że zbytnio się nie ociągał i szybko wystosował odpowiednie przeprosiny.

"Teraz, po przeprowadzeniu wielu rozmów, lepiej zdaję sobie sprawę z problemów jakie rodzi dyskryminacja, jak bardzo te problemy są bolesne i jest mi niezwykle przykro, że moje działanie powodowane przekonaniami religijnymi okazały sie tak druzgoczące dla tych, których kocham i podziwiam. Bardzo przepraszam za krzywdy i cierpienie, które spowodowałem" - napisał Eckern w specjalnym oświadczeniu.

Ale sprawa przybrała już tak olbrzymie rozmiary, że nasz dyrektor złożył rezygnację ze stanowiska, jeszcze raz przeprosił i podkreślił, ze jego poglądy na kwestię małżeństw homoseksualnych w żadnym wypadku nie odzwierciedlają stanowiska California Musical Theatre w tej sprawie.

Prawdę mówiąc, choć uważam, że pary homoseksualne powinny mieć prawo do zawierania małżeństw, to trochę mi żal Eckerna. Chociaż, z drugiej strony, jak głębokie muszą być jego uprzedzenia wobec gejów i lesbijek, skoro nie wystarczyło mu samo wyrażenie swojego zdania w referendum, ale uznał, że koniecznie musi jeszcze wesprzeć homofobiczną kampanię swoim ciężko zarobionym tysiącem dukatów?

Poza tym, jak już rezolutnie zauważył Andrew Sullivan (interesująca postać swoją drogą), powstaje pytanie, jak do diabła Eckern wyobrażał sobie pracę w środowisku artystycznym Kalifornii, w którym homoseksualistów jest od cholery i ciut, po tak otwartej deklaracji uprzedzeń w stosunku do wielu ze swoich współpracowników.

Także, sorry Scot, choć po ludzku żal mi, że straciłeś robotę, to jednak specjalnie przejąć się twoim losem nie potrafię. Tym bardziej, że ze swoimi kwalifikacjami na pewno znajdziesz pracę gdzieś indziej. Może w Teksasie? No, ewentualnie w Polsce. TVP? Radio Maryja? Balet redaktora Terlikowskiego? Oczekuj na propozycje.

16:09, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (10) »
środa, 12 listopada 2008

Chicago Tribune pisze o psuedonimach, które Secret Service nadaje ochranianym przez siebie osobistościom. Odkąd komunikacja miedzy specjalnymi agentami jest chroniona przez mega hiper super urządzenia szyfrujące, psuedonimy mają już tylko znaczenie symboliczne.

Według Chicago Tribune:

Barack Obama to Renegat (Renegade)

Michelle Obama to Renesans (Renaissance)

Malia Obama to Blask (Radiance)

Sasha Obama to Pączek Róży (Rosebud)

Joe Biden to Celt (Celtic)

Jill Biden to Capri (Capri)

08:06, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 listopada 2008

rogi busha

Ciekawy myśliciel, domorosły psycholog, postać charyzmatyczna i, jak widzicie na powyższym obrazku, nie pozbawiona poczucia humoru. W styczniu ten facet straci posadę. Ale, że jest błyskotliwy i ochoty do pracy w nim wiele, to postanowił, że napisze książkę.

No wiecie, o tym, jak wyzwalał Irak, jak robił muzułmanom śmigus dyngus w Guantanamo, jak zachęcał ich do śmielszych zachowań seksualnych w Abu Ghraib i jak tych wszystkich Mohhamadów, Mustafów, Hussainów (kto by tam się połapał w tych barbarzyńskich imionach) zachęcał do głośnego słuchania heavy metalu.

W książce miały być także fragmenty romantyczne o tym, jak w oczach jednego Rosjanina dostrzegł dobroć "większą, niż rzymski kościół" i takie też do śmichu, jak to jakiś dziwny mały facet (prime minister czy president, kto go tam wie) podarował mu nad jakimś zimnym morzem wielką szablę, czy miecz Shoguna, w każdym razie coś w tym stylu. Tak czy siak nasz bohater liczył, że zgarnie za swój bestseller jakieś 15 milionów dolarów.

Nie wiem, jak wy, ale ja już ustawiałem się w kolejce, by kupić książkę Georga W. Busha. A tu co słyszę? Media donoszą, że nikt nie chce mu jej wydać.

Nie tylko liberalna ekspozytura wydawnicza cywilizacji śmierci i Jihadu kręci nosem, ale też nasi zaufani wydawcy nie kwapią się, by uruchamiać drukarnie. - Rzeczywiście, myślę, ze im dłużej poczeka z napisaniem tej książki tym lepiej - mówi  o projekcie Busha Marij Ross, szefowa konserwatywnego Regnery Publishing (wydawnictwa znanego z opublikowania pewnego słynnego dzieła). I dodaje, że w przyszłym roku wolałaby wydać raczej kilka książek krytykujących Baracka Obamę niż chwalących Georga W. Busha.

Dokąd ten świat zmierza, że już Bushowi nie chcą książek wydawać? A przecież naród go ceni coraz bardziej. Na początku listopada jego pracę źle oceniało 70 proc. Amerykanów, a dziś już tylko 66 proc. Czyli idzie ku lepszemu. A jak idzie, to i w końcu dojdzie.

Foto: domena publiczna

21:11, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 listopada 2008

To miał być historyczny wynik. Frekwencja wyborcza w Stanach Zjednoczonych miała poszybowac niebotycznie wysoko, tak wysoko jak nigdy wcześniej. A tu guzik. Z pętęlką.

Frekwencja była niemal identyczna jak ta z 2004 roku, kiedy z Georgem W. Bushem walczył John Kerry. W tym roku wyniosła ona pomiędzy 60,7 a 61,7 proc. (nie ma jeszcze wszystkich danych - jeśli ostatecznie przekroczy 61 proc. będzie to najwyższy odsetek głosujących Amerykanów od 1964 roku), cztery lata temu osiągnęła poziom 60,6 proc.

Odpowiednie analizy opublikowało właśnie American University’s Center for the Study of the American Electorate (CSAE). Okazuje się, że przy szacowaniu niezwykle wysokiej frekwencji komentatorzy błędnie sugerowali się dużą liczbą nowo zarejestrowanych wyborców i kolejkami, które w dniu elekcji wiły się przed lokalami wyborczymi.

Tymczasem, według CSAE, wśród oczekujących godzinami na oddanie głosu większość stanowili Demokraci, których faktycznie głosowało sporo więcej niż w 2004 roku. Jednak z kolei wielu Republikanów zignorowało te wybory i dlatego właśnie frekwencja nie jest oszałamiająca.

Zdaniem Curtisa Gansa, szefa CSAE, John McCain, mimo zaprzęgniecia do wyborczego tandemu Sary Palin, nie zdołał przekonać do siebie hardcorowych Republikanów, bardzo konserwatywnych w sprawach kulturowych. Z drugiej strony umiarkowani Republikanie potraktowali wybór Palin jako lekkomyślny i dziwaczny. Poza tym, jak twierdzi Gans, sondaże pokazujące przygniatającą przewagę Obamy zniechęciły wielu Republikanów do udziału w wyborach.

Według dyrektora CSAE wybory tegoroczne były lustrzanym odbiciem tych sprzed czterech lat. Wtedy Demokraci, tak jak teraz Republikanie, nie byli zachwyceni swoim kandydatem i poszli głosować głównie ze względu na głeboką niechęć do przeciwnika. Skończyło się tak samo. Porażką.

UPDATE. Tabela:

tabela

14:20, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »

Mógłbym co prawda bez potrzeby wyzłośliwiać się, że jaki pan taki kram i że zwierzę upodabnia się do swojego właściciela i że w ogóle jaka to wspaniała metafora dwóch kadencji ciągle jeszcze urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych... Ale nie będę taki.

Właściwie to Georgowi trochę współczuję. Nie dość, że nikt go nie lubi, że przejdzie do historii jako jeden z najgorszych prezydentów USA w historii, nie dość, że jeszcze na sam koniec kadencji spadł mu na głowę kryzys, tak jakby nie mógł kurna poczekać tych parę miesięcy, to jeszcze Barney pogryzł wczoraj dziennikarza.

Joe Decker z Reutersa chciał go pogłaskać, a ta bestia jak nie weźmie i jak go nie ciachnie w palec wskazujący. Krwawiącym Deckerem zajął się lekarz Białego Domu. 

Poniżej wściekły i grrroźny Barney w pełnej krasie (tylko dla ludzi o mocnych nerwach):

 

 

 

01:11, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (1) »
środa, 05 listopada 2008
...to Barack Obama wygrał wybory prezydenckie w USA. Według tego, co pokazuje bardzo szczegółowo CNN (choć zasłaniają się póki co półsłówkami typu: "złe wiadomości dla McCaina", "wiele wskazuje, że..." - lekcja z 2000 roku okazała się skuteczna) Obama prawie na pewno weźmie Florydę, Virginię oraz Indianę (UPDATE: No, dobra, z Virginią się ciut pospieszyłem, tak to jest jak się słucha jednym uchem i ogląda jednym okiem - ale Indiana i Floryda i tak pozbawiają praktycznie McCaina wszelkich złudzeń)
 
UPDATE2: Według MSNBC Pensylwania również dla Obamy. Sorry John.

Czyli mamy właściwie pozamiatane, a setki tysięcy ludzi, które gromadzą się w Chicago w oczekiwaniu na speech kandydata demokratów już właściwie mogą świętować.

No to siup:

 

 

02:19, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner