Kategorie: Wszystkie | benzoesan sodu | cymbergaj | meanwhile, back at the ranch | ostrokrzew paragwajski | ta herbata jest słodka
RSS

meanwhile, back at the ranch

niedziela, 22 lipca 2012



Witam państwa, jestem z wydawnictwa Znak. Mieści się w Krakowie. Z dumą donoszę, że dobrze sobie radzi na rynku, zaspokaja potrzeby duchowe czytelników. Krzepi wielkimi Polakami: krzepi papieżem, krzepi noblistką, krzepi Szymonem Hołownią. Jest piękne, czyste, jest dziewicze i niepokalane. Jest słodkie jak kremówka. Jednym słowem - bo ledwo kończę pierwszy akapit, a już przynudzam - krzepi i ubogaca.

Ale najważniejsze, że ma twardy kręgosłup moralny, który przed byle czym się nie ugina, pod byle drobnostką się nie łamie. I nie będzie, proszę państwa, tak, że dla jakichś tanich pobudek Znak się będzie - za przeproszeniem, bo Polakowi postępowemu katolikowi też przecież mogą puścić nerwy - kurwił. Że dla obcej chrześcijaństwu żądzy zysku będzie wydawał książki posługujące się

"hermeneutyką podejrzeń" w stosunku do swego bohatera.

Nie będzie tak, że wydawnictwo Znak nagnie swoje zasady przypieczętowane setkami pozycji o Ojcu Świętym, choć dopiero, niestety, błogosławionym. Nie zdarzy się nigdy, by wydawnictwo Znak opublikowało książkę, której autor

zupełnie niepotrzebnie krzywdzi i rani kilkoma fragmentami swego tekstu wdowę i córkę

Tak nie będzie

Ale cóż złego jest w wydawaniu wspomnień snajpera, który na łono Mahometa (che, che) wysłał ponad stu - jak on to, prawda, celnie ujmuje - irackich dzikusów i fanatyków? Cóż złego jest wydawaniu książek kolesia opowiadającego o tym, jak zastrzelił kobietę, bo mu się wydawało, że w ręce niewiasta ta fanatyczna trzyma granat? Cóż złego jest w tym, że poznajemy kulisy jego życia rodzinnego - pełnego oddania i miłości mimo trudnej pasji?

Niczego nie ma w tym złego, bo jesteśmy na wojnie cywilizacji, kurwa!

Myślę, więc, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, pozdrawiam wszystkich serdecznie, szczęść Boże i obyśmy doczekali szybkiej kanonizacji,

prezes Henryk


środa, 09 listopada 2011

Wybaczcie, wzruszenie odebrało mi głos:

Wojciech Pszoniak zaprasza na Kolorową Niepodległą from Krytyka Polityczna on Vimeo.



Rozumiecie, w takiej Polsce każdy powinien się czuć dobrze. Chyba, że jest...

Dadadadam (tu wchodzi balet, w tle leci Czajkowski, łabędzie, jezioro, waterboarding): ...jest muzułmaninem trzymanym bez sądu w jakiejś obsranej piwnicy gdzieś na Mazurach, w Polsce znaczy, oczywiście w całej Polsce, bo gdy pytają go skąd jest, aktor Pszoniak odpowiada, że z całej Polski, z kraju, w którym można spokojnie powiedzieć w telewizji:

No ale przecież demokracja ma swoje granice. Niewinnego człowieka nie można torturować, no ale winnego złoczyńce...

I nikt ci nie powie: przeproś albo spierdalaj

środa, 26 października 2011

jest ta notka. To znaczy nie tylko przez nich. Bo może przez dziewczyny z ONR-u też. No i przez parę innych rzeczy. Fakt jest taki, że miałem nie pisać o tym, ze nie idę blokować Marszu Niepodległości. Bo w sumie co to kogo obchodzi, gdzie idę, a gdzie nie, co blokuję, a co przepuszczam.

Ale najpierw podczas dyskusji w knajpie zebrałem ostry wpierdol za swoją kapitulancką i cyniczną postawę. Później - właściwie to konkretnie dziś - podczas oglądania meczu Legia - Widzew (tak, wśród moich licznych wad znajduje się również kibicowanie polskiemu piłkarstwu ze szczególnym uwzględnieniem Widzewa) zobaczyłem na "Żylecie" (to taka trybuna, gdzie zasiadają ludzie wieszający na płotach różne durne hasła typu "Dżihad Legia") transparent WSZYSCY IDZIEMY NA MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI. A jakiś kwadrans temu, podczas leniwego przeglądania statystyk bloga, zobaczyłem kilkanaście wejść z zamkniętego forum ONR-u. Dalibóg nie wiem, czego państwo tutaj szukają, ale dobra, skoro już się tak wszystko nawarstwiło, to kurwa niech będzie, napiszę, dlaczego nie idę blokować pieprzonego Marszu Niepodległości.

Zupełnie nie wiem od czego zacząć, więc może zrobię to od dupy strony, to jest szansa, że chociaż przez chwilę będzie przyjemnie.

Historia pierwsza. Nie, żebym był jakoś przesadnie stary. Ale dość dobrze pamiętam czasy z pierwszej połowy lat 90. W przestrzeni tak zwanego muzycznego andergrandu charakteryzowały się one tym, że co któryś punkowy koncert był odwiedzany przez delegację krótko obciętych chłopców w żargonie socjologów zajmujących się badaniem młodzieży zwanych skinami. Czego chcieli? No, "chcieli krwi, chcieli zadymy, chętnie bili dziewczyny", by zacytować dawno nieżyjącego krakowskiego piosenkarza. Więc skiny lały panków, panki starały się lać skinów, a wszystko kończyło się jakąś malowniczą gonitwą. Ok, przyznaję, było to w pewien sposób zabawne. Ale zawsze jednak wydawało mi się również dość głupawe i rytualne. Poza tym ja jestem dość cherlawy, a w glanach chujowo się biega.

Historia druga. Przenieśmy się na początek XXI wieku. Jechałem sobie stopem z kimśtam gdzieśtam, nieważne z kim, nieważne gdzie, ważne, że przez Niemcy. Jest lato. Stoimy, machamy, machamy, stoimy. Zatrzymuje się Opel. Otwiera się okno. Wychyla się koleś i pyta: -  Hippisi?

- Nie, skąd, jak kurwa hippisi, mamy 2002 rok - odpowiadamy zgodnie z prawdą.

- A to wsiadajcie - mówi człowiek. No to wsiadamy.

Człowiek jechał z kolegą. Bez zbędnej zwłoki oznajmili nam, że są niemieckimi narodowcami i jadą na zjazd NPD. Super - myślimy. - Szkoda, że nie pedofile, bo byśmy się może z nimi zabrali do samej, proszę ja was, Tajlandii.

Dobra, będę się skracał. No więc gadka szmatka, skąd jesteście, ano z Polski, a to świetnie, bo my tu mamy taką mapę i wiecie, to jest Szczecin, oddawajcie nam Szczecin skurwysyny. Jasne, jasne, my wam oddamy Szczecin, a kto nam odda Lwów, nie ma tak dobrze. Hahaha, hihihi, pełen ubaw, naziole uprzejmi, że hej, tak uprzejmi, że jak przegapili zjazd z autostrady, na którym nam zależało, to nadłożyli parędziesiąt kilometrów i zrobili kółko, by nas przy nim wysadzić. Owszem, kiedy się żegnaliśmy, wyglądali na dość zmieszanych swoją gościnnością.

Historia trzecia. To było rok temu. Na smutną stację kolejową w Sochaczewie wpadli chłopcy z Antify, by ponapierdalać chłopców z ONR-u. Kolesie z dolnego pokładu nowoczesnego transatlantyka MS Kapitalizm szybko, sprawnie i z polotem doprowadzili się ramię w ramię na szpitalną izbę przyjęć.

I właśnie dlatego nie będę blokował Marszu Niepodległości. Ale jak przyjdzie co do czego, to jestem oczywiście za tym, żeby mecz wygrała Antifa.



wtorek, 31 maja 2011



Biały, a nie czarny. On wie, kiedy używać telefonu, a Afrykańczyk nie. On jest taaaaki mądry, a czarnuchy taaaakie gupie są. Dobrze, że jest. Robotnik, przedsiębiorca, bohater. Polak. Władysław Frasyniuk. Rzekł:

- Gdyby nie to, że Obama jest ciemnego koloru skóry, to bym powiedział: kompletna Afryka. Napieralski w którymś momencie wyjął aparat telefoniczny i robił zdjęcia.

Gdyby nie to, że sam jestem Europejczykiem, to bym powiedział: oto typowy europejski rasizm. Gdyby nie to, że Frasyniuk ćwiczył boks, to bym powiedział: o kurwa, patrzcie jaki tępy buc.

Oraz czy ktos lepiej się od niego nadaje do wyjazdu z demokratyczną misją do Tunezji? No pewnie, że nie. Więc weź ciężarówkę Władek i jedź. Powiesz brudasom, kiedy używać telefonu w komórce. Na pewno przyjmą twe rady z wdzięcznością.

środa, 15 grudnia 2010

Dawno już nic mnie tak w domenie publicznej nie uradowało beztrosko jak nagroda dziennikarza roku dla Artura Domosławskiego. Z jednej strony było to zwycięstwo z gatunku oczywistych, no bo niby z czym donieślejszym od ”Kapuściński. Non-fiction” mieliśmy do czynienia w tym roku w polskim dziennikarstwie? No z niczym. Ale z Grand Pressem różnie ostatnio bywało, więc fakt, że środowisko nie dało dupy przyjmuję tyleż z radością, co z ulgą.

Laur dla Domosławskiego pokazuje też, jak wiele zmieniło się w polskiej debacie publicznej w ostatnich latach. To znaczy cały czas przypomina ona kulawego pieska bez oka ze schroniska, ale to już coś. Bo taki piesek jest jednak sympatyczny. Wolę pieska, niż zdechłą mysz leżącą pod ścianą w piwnicy. A fakt, że dziennikarze docenili książkę na wskroś polityczną, zaangażowaną ideologicznie po stronie lewicy i kontrowersyjną świadczy o tym, że jednak zbiorowym wysiłkiem jakoś udało nam się od martwej myszy do żywego psa wyewoluować.

Jeszcze innym słodko-gorzkim aspektem tej nagrody jest olanie przez głosujących jakichś chorych, wąskich towarzyskich anatem i ich żenujących mesjaszy. Na przykład Adama Michnika, który chyba na każdym publicznym spotkaniu znajduje kwadrans na seans nienawiści i opluwania Domosławskiego. Bo jak wiadomo nie ma nic bardziej zajebistego, niż skopanie podwładnego. Pozostałych dziennikarzy ”Gazety” bez wątpienia podnosi to na duchu, że ich naczelny z pianą na ustach gnoi bez wytchnienia ich kolegę.

Z tego powodu warto było środkowy palec Michnikowi pokazać i cieszę się, że został pokazany. Choć to oczywiście trzeciorzędna sprawa, bo najważniejsza jest książka, a co o niej sądzę, to już kiedyś napisałem. Dla tych, co nie chce im się klikać, skrót: sądzę dobrze. Ole!

sobota, 11 grudnia 2010

Kapitalne. No i z gościem specjalnym:

środa, 17 listopada 2010

A to było tak. We wtorek w Poranku Radia Tok FM publicyści toczyli jak zwykle swoje najnudniejsze z nudnych dyskusji o tym, czy to dobrze, że Fotygę obmywa oceaniczna bryza i czy chwalebne jest, by chłopcy z Antify napierdalali się z chłopcami z ONR-u z bliżej nieznanych powodów. Przysypiamy. Aż tu raptem BUM! Ślepym trafem zrzędzenie o faszystach w Auschwitz i byłych KOR-owcach w Waszyngtonie ześlizgnęło im się na Baader-Meinhof i zrobiło się ciekawie. Coś tam jeszcze mówili o Kurkiewiczu, ale, że  jak już mówiłem przysypiałem, to nie wiem, o co biega. W każdym razie. Terror.

Jeden z dyskutantów - czcigodny Piotr Semka - zaczął nagle krzyczeć, że jak tak można te bomby i że sprawa życia i śmierci i że skandal i że o proszę bardzo, wyszło szydło z Gduli - bo w studiu obecny był również Maciej Gdula - że nie potępia i złej Ulrike od kurew i morderczyń nie wyzywa. Tak było. Takie święte oburzenie redaktora Semki materializowało mi się gdzies między głośnikiem a pościelą. Zaś w tym samym czasie mój kot masakrował pałeczkę higieniczną wykradziona podstępem z pudełka w łazience. Ale to akurat nieważne.

Ważne jest co innego. Ważne jest, że objawiła mi się wówczas z mocą eureki fundamentalna różnica między lewicą a prawicą. A przedstawię ją wam moi drodzy za pomocą zderzenia dwóch wymienionych już wyżej postaci w skonstruowanym naprędce ZDERZACZU IDEI I POSTAW. Mianowicie panią Meinhof zderzę z panem Semką.

No więc jak pani Meinhof (tu jako czołowa playmakerka klubu F.C. Lewica) stwierdziła, że już ma po dziurki w nosie zmieniania świata za pomocą pisma dla mieszczańskiej lewicy za pieniądze Stasi, to wyciągnęła z tej konstatacji konsekwencje i wzięła za nie odpowiedzialność. Jak doszła do wniosku, że "opór ma miejsce wówczas, gdy to, co mi się nie podoba znika" to wzięła się za urzeczywistnianie znikania. Za pomocą bomb. Nie udało jej się. I umarła za to w więzieniu. Samotna, obolała i w chujowym nastroju. dotcom.

Za to jak pan Semka (czołowy libero klubu F.C. Polnische Neocon) stwierdza, że źli są muzułmańscy terroryści, albo arabscy wąsaci dyktatorzy to raźno wzywa różnych pierdolniętych prezydentów państw innych i tchórzliwych prezydentów państwa naszego, by czym prędzej ruszyli bomby zrzucać za pomocą samolotów, co to, ho, ho, wysoko nam nad głową latają (a jeden taki nawet z kwadrans temu śmignął mi nad sufietm z dudniąca prędkością ponaddźwiękową). I jak pan Semka doszedł do wniosku, że trzeba kogoś zabić, to w ogole się nie czuje za to odpowiedzialny. Jak słyszy o rozpiżdżonych w drobny mak cywilach, to szybko doczepia im wąsy dyktatora, żeby się nie wydało, że kobiety to kobiety, a dzieci to dzieci. I dumny jest z polskiego wojska, nawet jak wojsko robi aborcję moździeżem dziewczynie w ósmym miesiącu ciąży. No bo, sorry, ups, pomyłka. Pan Semka jest współodpowiedzialny za paredziesiąt tysięcy niewinnych trupów, ale ma to w dupie. Uważa, ze sumienie ma czyste. I może wszystkich wkoło pouczać o "sprawach życia lub śmierci".

I dlatego ja wybieram Ulrike. A jak państwo?

poniedziałek, 20 września 2010

Krystyna Kofta:

To nie jest tak jak sobie mały Henio wyobraża tortury, że się miażdzy jądra. Teraz są inne metody tortur. Jak tyka bomba, która może zabć 30 osób, a możemy dowiedzieć się od terrorysty kiedy wybuchnie, to wolno go torturować.

Xiądz Sowa:

Faryzeim tzw. obrońców praw człowieka, którzy chcieliby do terrorysty podejść z gałązką oliwną odganiając mu muchy z nosa, by mu nie przeszkadzały, jest już anegdotyczny.

Wojciech Pszoniak:

No ale przecież demokracja ma swoje granice. Niewinnego człowieka nie można torturować, no ale winnego złoczyńce...

No, elita, kurwa ich mać. Wypowiedzi padły w programie Mellera w TVN 24 - nie chce mi się sprawdzać jak się nazywa.

niedziela, 28 lutego 2010

Otóż okazuje sie, że, po pierwsze, ludzi zgrzewa Ryszard Kapusciński. Bo taka historia. Wchodzę do dużej sieciowej księgarni w dużym mieście i widze wyraźnie, że na półce z nowościami leży kilka egzemplarzy "Kapuściński. Non-fiction" Artura Domosławskiego. Zdążyłem tylko mniej więcej okręcić się trzy razy na pięcie, podrapać w kaptur oraz zamyślić krótko nad istotą wszechrzeczy i spojrzałem ponownie na sklepowy regał. Książki zniknęły.

I to jest ogromna zasługa Domosławskiego: odkurzył Kapuścińskiego, ożywił, zdjął ze specyficznie polskiej półki z pozycjami dla pensjonarek, cymbałów i dewotów, oczyścił z pyłu "klasyki", wyprał z tanich pochlebstw i hippisowskich zachwytów nad "wielkim podróznikiem". Jest duża szansa, że to, co Kapuściński miał do powiedzenia o świecie wreszcie stanie sie nad Wisłą choc trochę istotne. Bo dotychczas wszyscy mieli to raczej w dupie. Dwie rozmowy, które podsłuchałem w tej samej ksiegarni o "Szachinszachu" i "Wojnie futbolowej" czynią mnie w tej sprawie umiarkowanym optymistą.

Niestety, oczywiście okazało się również, że ludzi zgrzewa robienie z siebie kompletnych idiotów. Choć może źle napisałem. Nie niestety, raczej na szczęscie. Bo chyba żadna sprawa dotychczas tak jaskrawie nie obnażyła poziomu publicznej debaty w Polsce. Poziomu dna. U nas się nie dyskutuje nad tym, co wolno reporterowi, nie rozmawia się przy okazji biografii Kapuścińskiego o PRL, czy naszym neokolonialnym (i dziwnym, jak na ludzi częściej podbijanych, niż podbijających) podejściu do krajów Trzeciego Świata. Nie, u nas się gorączkowo rozmawia o tym, czy Artur Domosławski jest hieną, czy tez nie.

Oto Władysław "warto być przyzwoitym ponad podziałami" Bartoszewski rzekł, że:

Są uprawnione wydawnictwa, które wydają przewodniki po domach publicznych, z kwalifikacjami i ilością gwiazdek, ale nie sądzę, żebym chciał wydać w takim miejscu swoją książkę historyczną, albo żeby to wydawnictwo równocześnie wydawało żywoty świętych.

Cóż, wielka to będzie dla nas wszystkich strata, jeśli Bartoszewski gdzieś nie wyda ksiązki historycznej. Zapłaczemy się wszyscy po prostu, do ostatniej kropli słonej wody w rozpaczy morzu obszernym.

Albo czyż nie wstrząsają nami spazmy jaskrawego zrozumienia, gdy Stefan Bratkowski obwieszcza nam:

Słyszę, że demaskator nie chciał demaskować… Ale sam tytuł książki – „Kapuściński non-fiction” – odsłania zamiar. Zamiar dużego formatu. Robić twórcę własnego mitu z człowieka bezpośredniego, bezpretensjonalnego, prostego w sposobie bycia – to swoisty wyczyn, dowód wielkich ambicji, na miarę Kapuścińskiego, żeby się na nim podwieźć do sukcesu.

Książki Bratkowski oczywiście nie czytał. To jest w ogóle specyfika wielu polskich intelektualistów. Otóż uważają oni, że sie już w życiu dość naczytali. Tropem lansu i chorych ambicji jedzie też "kolega" Domosławskiego, Marek Beylin:

Szukam słów, by nie urazić Artura Domosławskiego, mojego redakcyjnego kolegi, i zarazem wyrazić oburzenie. Bo Domosławski naruszył godność żyjących w imię sensacji.

Szukał słów i znalazł, nie? Mógł przeciez napisać, że podłość, ohyda, że się ręki nie powinno podawać i inne tam sruty druty z arsenału chwytów retorycznych publicystycznych nieudaczników, a napisał tylko właściwie, że autor nasrał na grób i spoliczkował wdowę w imię sensacji. Bardzo to delikatne. Pamiętam tekst Marka Beylina na jednej z debat po pewnej bohaterskiej inwazji utożsamiający sytuację mediów w okupowanym Iraku z tymi w Polsce po 1989 roku, pamietam jego tekst, że Naomi Klein "jest jak Kaczyński", wiec za dużo sie po Beylinie nie spodziewałem. Ale żenada tego artykułu przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania.

To jest w ogóle całkiem zabawne, że Domosławskiego flekują ludzie, którzy nigdy nie potrafiliby napisać choć w połowie tak ciekawych książek jak on (pamietacie jakiś fajny tekst Beylina, jakąś ciekawą myśł Bartoszewskiego, albo cokolwiek odkrywczego i ważnego spłodzonego przez Bratkowskiego po 1989 roku?). Cóż, parafrazując wymienionych wyżej tuzów, można by napisać, że oto leniwe beztalencia próbują sie przewieźć na talencie, pracowitości i szerokości horyzontów tego, którego próbuja wbić w ziemię. Dla taniej sensacji i rozgłosu, oczywiscie. Mozna by tak napisac. Ale nie będziemy się zniżać do tego poziomu.

Przeczytałem do tej pory mniej więcej 1/3 książki Artura Domosławskiego. Rzecz jest monumentalna, fantastyczna, ciekawa i uczciwa. Jest napisana z ogromną empatią. Kapuściński dzieki niej przestanie na dobre być postacia mdłą, jakimś pierdolonym Janem Pawłem II polskiego reportażu, jakimś do wyrzygania słodkim Paulo Coelho od złotych myśli na temat świata. Mozna go znowu traktowac poważnie. Jak dla mnie, cudowna sprawa.

Mam też nadzieję, że mimo chwilowych erupcji pensjonarskich paroksyzmów wielce i wiecznie oburzonych chłopców i dziewczynek ("ach, mój boże, ach, dlaczego Domosławski nie opowiedział o Kapuścińskim tak, jak Kolęda-Zalewska o Szymborskiej") debata wokół książki będzie sie toczyc także na temat szkoły polskiego reportażu. Bo to jest bardzo, ale to bardzo ciekawy temat.

PS Czekałem na jego głos. I przemówił. Mój mistrz. Polski Jon Stewart:

Pisanie publikacji ukazujących prywatne życie, czy domniemane romanse Ryszarda Kapuścińskiego są działalnością na poziomie magla. Plotkarki są bardzo zainteresowane takimi informacjami. W środowiskach kultury pasjonują one mniej, bo przyjmuje się zasadę, że pewne kwestie pozostają w płaszczyźnie duchowości, spowiednika, dialogu z Bogiem.

Swoją drogą, to ciekawe, jakich Życiński zna "ludzi ze środowisk kultury" oprócz Zanussiego? Maje Komorowską i Piesiewicza?

niedziela, 17 stycznia 2010

Po obejrzeniu różnorakich występów Jacka Pałasińskiego, nie sądziłem, że jeszcze coś jest w stanie mnie zaskoczyć w TVN 24. Ups, pomyłka.

Oto ekspertem do spraw Haiti został tam wczoraj Jerzy Dziewulski. No serio. I jak przystało na eksperta wypowiedział się niezwykle kompetentnie. Dlaczego kompetentnie? Bo mówił o pistolecie i braniu za twarz, a przecież na czym jak na czym, ale na pistoletach i braniu za twarz to on sie zna jak mało kto.

No więc stwierdził miły pan Jerzy, że Stany Zjednoczone powinny właśnie złapac Haiti za twarz i że bez pistoletu i rozlewu krwi się nie obędzie, jeśli na Haiti ma zapanowac porządek. No. Pif paf. Jesteś martwy. Problem zostal rozwiązany. Czyż proste recepty nie sa piękne?

 
1 , 2 , 3 , 4

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner