wtorek, 30 września 2008

Rynki na złamanie karku gnają ku przepaści, ale za to na Marsie wschodzi słońce. I to jest cholernie optymistyczne.

mars

Więcej tutaj.

wtorek, 23 września 2008

Po konflikcie w Gruzji znacznie zwiększył się odsetek Europejczyków, którzy traktują Rosję jako zagrożenie dla ładu na świecie. Ale gdyby doszło w najbliższym czasie do ataku Rosji na któryś z krajów bałtyckich, chętnych do umierania za Wilno, Talin bądź Rygę byłoby niewielu. Tak wynika z sondażu opublikowanego przez Financial Times (infografika na dole notki).

Miedzy lipcem a wrześniem radykalnie wzrosła liczba osób, które oceniają Rosję jako zagrożenie dla globalnego bezpieczeństwa. Mieszkańcy największych krajów Unii Europejskiej obawiają się naszego wschodniego sąsiada bardziej niż Iranu, ale za to znaczniej mniej niż Stanów Zjednoczonych. Jednak ten strach nie przekłada się na chęć pomocy sojusznikom z NATO w razie agresji Rosji na ich terytorium.

Aż 50 proc. Niemców sprzeciwiłoby się wysłaniu swoich wojsk na pomoc krajom bałtyckim, ale ten duży odsetek tłumaczy się w dużym stopniu trwałą (od II Wojny Światowej)niechęcią do wysyłania wojsk gdziekolwiek. W każdym z badanych państw (oprócz Niemiec były to: Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, Włochy oraz Stany Zjednoczone) obronną akcję zbrojną poparłaby mniejszość społeczeństwa.

Najbardziej skłonni do pomocy byliby Francuzi (ok. 40 proc. by poparło, 30 proc. by się sprzeciwiało, reszta nie ma zdania), co obala popularną w Polsce teorię o "strachliwych żabojadach". Dalej są obywatele USA (ok. 38 proc. za, ok. 33 proc. przeciw) oraz Hiszpanie i Włosi (w obu tych krajach 38 proc. za, 40 proc. przeciw). Wniosek z sondażu jest więc niezbyt optymistyczny nie tylko dla Litwinów, Łotyszy i Estończyków, ale także dla nas.

Choć oczywiście takie a nie inne wyniki można tłumaczyć faktem, że żaden rozsądny człowiek nie chce wojny i trudno mu przyznać (zwłaszcza po wyczynach Amerykanów w Iraku i Afganistanie) przed ankieterem, że ochoczo poparłby wysłanie wojsk w rejon konfliktu zbrojnego. Zasadnie byłoby także zadać w opisywanym badaniu pytanie pomocnicze o to, czy zdaniem respondentów kraje bałtyckie należą do NATO, czy też nie.

sondaz

poniedziałek, 22 września 2008

Kiedy do portfeli bezczelnie zagląda pustka, a gospodarka sypie się w drzazgi, masowe media zaczynają szukać mesjasza, by ten wskazał widzom światło w tunelu, albo, jeszcze lepiej, nową alternatywną drogę, którą będzie można przejść względnie bezpiecznie przez morze kryzysu. Tak oto do telewizji HBO trafiła przedwczoraj Naomi Klein, by w niezobowiązującej pogawędce przedstawić swój pogląd na zaistniałą sytuację. 

To, że Naomi Klein pojawia się w masowych mediach akurat mnie cieszy, ponieważ uważam ją za absolutny top wśród publicystów i publicystek piszących o współczesnym świecie. Natomiast patrząc na poziom intelektualny Billa Mahera, prowadzącego program w HBO, nachodzą mnie dość smutne refleksje na temat przyszłości świata, w którym coraz większą rolę odgrywają telewizyjni gospodarze talk shows. A fragment mimo wszystko bardzo ciekawego programu poniżej (uczestniczy w nim również Andrew Sullivan, znany tu i tam libertariański konserwatysta):

 

 

Natomiast w piątek w "Guardianie" ukazał się bardzo ciekawy felieton pani Klein na ten sam temat. Cały artykuł możecie przeczytać tutaj, a poniżej zamieszczam przetłumaczone dwa akapity (z góry przepraszam za drobne niezręczności, czy nieścisłości, ale tłumaczyłem w biegu): 

Podczas okresów boomu niezwykle zyskowne staje się głoszenie chicagowskiego leseferyzmu, ponieważ spektakularna nieobecność rządu pozwala swobodnie rosnąć bańkom spekulacyjnym. Jednak kiedy bańki z hukiem pękają, wspomniana ideologia na jakiś czas usuwa się w cień, podczas gdy mityczny wielki rząd pędzi na ratunek.

Ale bądźcie pewni: ta uśpiona ideologia wróci z wielką pompą na pierwszy plan, kiedy tylko akcja ratunkowa dobiegnie końca. Ogromne długi spekulantów zaabsorbowane przez sektor publiczny staną się przyczyną kryzysu budżetowego, który będzie uzasadnieniem dla głebokich cięć w programach socjalnych i dla nawoływań - które pojawią się wtedy ze zdwojoną siłą - by sprywatyzować wszystko to, co nie zostało jeszcze sprywatyzowane. Usłyszymy także wówczas zapewne, że nasze nadzieje na ekologiczną przyszłość są - ach jak bardzo nam przykro - niestety zbyt drogie.

Udzielanie złych kredytów mogło rozpowszechnić sie aż na taką skalę nie tylko dlatego, że kredytodawcy nie rozumieli ryzyka, jakie się z tym wiąże, ale również z tego powodu, że mamy system ekonomiczny, w którym nasz rozwój jest mierzony tylko za pomocą wzrostu PKB.

Dopóki kredyty napędzały wzrost gospodarczy, dopóty nasze rządy gorąco popierały ich udzielanie. Tak więc to, co tak naprawdę zostało zakwestionowane przez kryzys, to niekwestionowana potrzeba wzrostu za wszelką cenę. Sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy powinna nas poprowadzić do radykalnie innego sposobu mierzenia stanu i rozwoju naszych społeczeństw.

18:59, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 września 2008

Rafał Ziemkiewicz opublikował w najnowszej "Rzeczpospolitej" komentarz o krytykach Instytutu Pamięci Narodowej. I napisał w nim dokładnie to, co wszyscy jego czytelnicy przed przeczytaniem myśleli, że napisał.

To właściwie jeszcze nic zdrożnego, bo cała Współczesna Polska Publicystyka Polityczna ma za swojego patrona św. inż. Mamonia, więc redaktor Ziemkiewicz nie stanowi tutaj wyjątku. Niech mu będzie.

Muszę jednak w kontekście jego tekstu zadać jedno dręczące mnie pytanie. Brzmi ono następująco: jak długo można opowiadać tę samą anegdotę i wciąż uchodzić za błyskotliwego publicystę?

Bo redaktor Ziemkiewicz znów napisał o salonie. Tak, wiem, że wydaje się to niewiarygodne, ale on to naprawdę zrobił. Zresztą jak chcecie, to sprawdźcie sami - link jest na poczatku tej notki.

Tym razem Tomasz Lis został "odźwiernym salonu". Przedtem ktoś tam do salonu aspirował, salon kogoś odrzucał, w salonie ktoś puszczał wiatry, do salonu się podlizywał, no a teraz salon wynajął sobie podrzednęgo sługę. Ktoś powinien to wszystko skrupulatnie spisać, bo tak na oko to redaktor "Rzepy" ma sporą szansę na ustanowienie rekordu Guinessa w bezustannym opowiadaniu tej samej historii. Może jest szansa na zdetronizowanie "Mody na Sukces"?

Ten ziemkiewiczowski motyw przewodni to także historia typu meanwhile, back at the ranch... z jakiegoś starego westernu, w którym oś fabularna musiała być zawsze taka sama: John i Jack jadą gdzieś przez prerię, goniąc złych czerwonoskórych, tymczasem na ranczo (czyli u Ziemkiewicza byłoby "w saloonie") zły Kunta Kinte ubija brudne interesy z przybyszem z kosmosu, który tymczasowo przybrał powłokę szeryfa.

OK, w jednym filmie może to być śmieszne, ale w pięciu pod rząd zaczyna jednak troche nudzić. Natomiast nasz bohater wkroczył właśnie w fazę 24 odcinka "Bonanzy", a to już jest, proszę państwa, rozrywka dla naprawdę zagorzałych hardkorowców.

Nie wiem, czy RAZ lubi westerny, ale na pewno przepada za piosenkami w stylu "a wtedy bosman krzyknął doń: hej majtku! w żagiel dmij". I wizja jego publicystyki jako musicalowego westernu, gdzie zachowujący się wciąż tak samo kowboje śpiewają podobne do siebie piosenki szanty przemawia mi do wyobraźni. 

 

22:18, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Dodaj komentarz »

Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy wybór Baracka Obamy poprawi wizerunek Stanów Zjednoczonych w świecie, to po obejrzeniu poniższego klipu będzie miał ich mniej.

Oto naprzeciwko Hotelu Serena w Stone Town na Zanzibarze powstał, wyobraźcie sobie, skwer Obamy. Dawno nie oglądałem nic tak prostolinijnie dobrodusznego i znakomicie pokazującego, że polityka to nie tylko cyniczne i skomplikowane gry, ale również coś wnikającego głeboko w prostą ludzką potrzebę nadziei na lepszy świat. No to po tym pompatycznym przemówieniu czas na konkret:

 

 

I jeszcze zdjęcie wykonane przez przyjaciółkę z bloga madrugada:

obama

Tymczasem a'propos skomplikowanych gier. Zbliżające się trzy debaty prezydenckie w USA (pierwsza już w piątek) zapowiadają się niezwykle wręcz interesująco nie tylko z powodu bardzo zaciętej rywalizacji o głosy wyborców (dzisiejszy "Sondaż sondaży" przygotowany przez RealClearPolitics daje Obamie przewagę nad McCainem w stosunku 47,6 proc. do 45,3 proc.), ale również ze względu na ich wyjątkowo - w porównaniu do kilku ostatnich kampanii - otwartą formułę, która daje nadzieję na bardzo emocjonujące i pełne improwizacji starcia pomiędzy kandydatami.

Szczegóły ustaleń pomiędzy oboma sztabami opisał dzisiejszy "The New York Times". Debaty będą trwały 90 minut. Każdy z kandydatów będzie miał dwie minuty na speech w odpowiedzi na pytanie, a następnie nastąpi to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli pięć minut niczym nieograniczonej wymiany zdań pomiędzy pretendentami. A później kolejne pytanie i ponownie ta sama procedura.

Doradcy Obamy początkowo upierali się, by cała debata polegała na swobodnej wymianie argumentów, ale w końcu zgodzili się na proponowane przez sztab McCaina dwuminutowe oświadczenia. A debaty poprowadzą Jim Lehrer z PBS, Tom Brokaw z NBC i Bob Schieffer z CBS

Pierwsze starcie będzie dotyczyło polityki zagranicznej. Obóz kandydata Republikanów liczy na to, że uda mu się w jego trakcie zepchnąć Demokratę do głebokiej defensywy, co pozwoliłoby reprezentantowi Grand Old Party przystąpić do kolejnych potyczek z uprzywilejowanej pozycji.

Natomiast Obama ma nadzieję, że uda mu się podczas pierwszej debaty zniwelować wizerunkową przewagę McCaina w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego. Jeśli tak by się stało, Demokrata stanąłby przed wielką szansą zmasakrowania Republikanina w czasie dwóch kolejnych spotkań.

Tym bardziej, że ostatnie z nich dotyczy ekonomii i spraw krajowych, a w tej dziedzinie senator z Arizony zbierał ostatnimi czasy ciężkie i regularne baty od swojego przeciwnika z Illinois.

Nieco odmienny charakter bedzie miała druga debata, która ma się toczyć w formule "Spotkanie z mieszkańcami w Ratuszu". Polega to na tym, że kandydaci odpowiadają na dotyczące dowolnej tematyki pytania z sali i z internetu.

Barack Obama ma się przygotowywać do decydujących starć na specjalnym "obozie treningowym", gdzie od wtorku będzie spotykał się ze swoimi doradcami, którzy już w tej chwili w pocie czoła dogłębnie analizują wszystkie debaty Johna McCaina podczas prawywborów republikańskich zarówno w tej kampanii, jak i w czasie pamiętnych primaries w 2000 roku, kiedy to roiło się od brudnych zagrań i chwytów poniżej pasa.

Demokratyczni sztabowcy maja przeanalizować dokładnie każdy najmniejszy grymas na twarzy McCaina, by odkryć, gdzie są jego słabe punkty, kiedy się denerwuje, jak łatwo go wyprowadzić z równowagi. Sztab Republikanina nie ujawnił do tej pory, jak będzie przygotowywał swojego kandydata, ale można się spodziewać, że metody będą bardzo podobne.

Demokraci są o wiele bardziej otwarci. Wiemy nawet, kto będzie odgrywał rolę senatora McCaina podczas treningowych debat. Wcieli się w nią ten pan:

prawnik

To Gregory Craig. Jak pisze NYT, "dobrze znany" i "dobrze politycznie umocowany" prawnik z Waszyngtonu, który dowodził drużyną prawników Billa Clintona podczas jego walki o uniknięcie impeachmentu. Czy Craig i tym razem znakomicie wywiąże się ze swojej roli? Dowiemy sie w piątek. W każdym razie emocje rosną. I dobrze.

 

UPDATE. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to poniżej niezwykle zabawny skecz z ostatniego Saturday Night Live. W roli głównej John McCain i  chwyty poniżej pasa. Enjoy.

 

 

15:17, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 września 2008

Mamy dla ciebie zadanie żołnierzu. W Wenezueli doszedł do władzy niebezpieczny szaleniec i dyktator. Wróg. Nasz wróg. Próbuje przejąć kontrolę nad szybami naftowymi Universal Petroleum i poddać władzy państwa złoża wenezuelskiej ropy. Musisz go usunąć. Liczymy na ciebie.

Tak w skrócie, choć niewielkim, wygląda fabuła gry video "Mercenaries 2: World in Flames", która całkiem niedawno ukazała się na rynku. Recenzje ma całkiem dobre, choć raczej w wersji na Playstation3, bo na PC podobno jest jednak mnóstwo błędów.

Jednak, tak czy owak, także i Ty, polski miłośniku Pinocheta oraz aktywności Stanów Zjednoczonych w regionie, możesz sobie zabić Hugo Chaveza. Gdybyś szukał gry w sklepie, dla ułatwienia zobacz okładkę, która wygląda tak:

o wenezueli

No dobrze, przeszliśmy już wszystkie poziomy, zmasakrowaliśmy Chaveza i zburzyliśmy większą część Caracas. Teraz powoli wróćmy do rzeczywistości, która, w przypadku naszej gry, okazuje się wcale nie taka wirtualna. Otóż jej autorzy, grupa Pandemic Studio, współpracowali wcześniej z U.S Army przy tworzeniu narzędzia pomocnego do szkolenia żołnierzy. Gra nazywała się "Full Spectrum Warrior" i miała także swoją uproszczoną, komercyjną wersję.

OK, zbliżmy się jeszcze bardziej do świata realnego, która wita nas z otwartymi ramionami i naręczem niezwykle zabawnych, ale i pouczających, koincydencji. Oto w Boliwii prezydent Evo Morales zdobył niedawno 63 proc. głosów w tzw. recall referendum. Głosowania domagała się opozycja, twierdząc, że Morales nie ma mandatu do wprowadzania zaplanowanych przez siebie reform.

Ponieważ, po podliczeniu głosów, okazało się, że jest całkiem odwrotnie, politycy opozycji rozpoczęli separatystyczny festiwal przemocy, mający na celu doprowadzenie do oddzielenia bogatego i wyposażonego w złoża ropy i gazu regionu Santa Cruz (i trzech innych departamentów) od reszty kraju.

Ach, byłbym zapomniał. Evo Morales chce m. in. przeznaczyć zyski z eksportu surowców naturalnych na programy społeczne. Czy czegoś Wam to nie przypomina? Może jakąś gre komputerową? A dalej będzie jeszcze zabawniej.

Władze Boliwii wydalają ambasadora Stanów Zjednoczonych, oskarżając go o układy z separatystami. Ambasador zdecydowanie zaprzecza. No, przyznał się jedynie do niewinnego spotkania (w miejscu publicznym, jak podkreślił) z Rubenem Costasem (liderem saparatystów, gubernatorem Santa Cruz, a prywatnie antyindiańskim rasistą), by przedyskutować z nim kwestie pomocy humanitarnej. Tak się jednak dla Ambasadora Goldberga nieszczęśliwie złożyło, że kamera przypadkowo zarejestrowała jego nieoficjalne tet-a-tet z Costasem, które odbyło się nocą w budynku tamtejszej prefektury.

Za to w tym samym czasie, w miejscu bardzo publicznym, bo w burdelu w Santa Cruz, aresztowano za awanturowanie się innego Amerykanina. Pan nazywał się Gregory Michel, a podczas zatrzymania okazało się, że ma przy sobie broń i jest dumnym oraz sumiennym żołnierzem na żołdzie Wuja Sama. W areszcie spędził około godziny. Okazało się bowiem, że ma immunitet dyplomatyczny i należy go zwolnić.

Niedługo po tym incydencie w sąsiadującej z Boliwią Wenezueli podsłuchano rozmowę kilku wysokich rangą wojskowych w stanie spoczynku, którzy szczegółowo planowali zamach stanu przeciwko legalnie wybranym wenezuelskim władzom. 

Taa, to jak się nazywała ta gra, o której było na początku? "Samospełniająca się przepowiednia 2"? Tyle, że jej akcja toczyła się w roku 2010, więc być może Morales i Chavez mają jeszcze trochę czasu.

czwartek, 18 września 2008

Coraz częściej archiwa SB zgromadzone w Instytucie Pamięci Narodowej zaczynają odgrywać taką samą rolę, jaką dla plotkarskich pism i portali pełnią rozmaite rauty, pokazy, premiery i szalejący paparazzi.

Logika masowych mediów w mgnieniu oka niemal całkowicie przetworzyła kontekst rozmowy o peerelowskich uwikłaniach. Skoro "Gazeta Polska" tak ochoczo zlustrowała prof. Wolszczana, można się spodziewać, że za jakiś czas na medialnych jedynkach zobaczymy informacje typu "Rodzice Dody Elektrody agentami SB", albo coś o Rubiku, czy jakimś jurorze "Tańca z Gwiazdami" itede, itepe.

W końcu wygląda na to, że liczy się już tylko przyłapanie kogoś znanego in flagranti. Pstryk i i flesz historycznego paparazzi łapie jakąś gwiazdę z gołym tyłkiem widniejącym na pierwszym planie trochę nieostrego zdjęcia. Patrzcie, taki znany, a jaka świnia. Medialny Zakład Mechaniki Nieba w działaniu. Głowny cel: strącanie do piekła w celu podwyższenia oglądalności.

Bo jaki może być inny cel spektakularnego wywlekania na światło dzienne przeszłości prof. Wolszczana? Jego raporty dla SB (według "Dziennika")nie odznaczały się jakąś wyjątkową podłością, w wolnej Polsce nie próbował odgrywać roli autorytetu moralnego, nie wypowiadał się w sprawie lustracji, nie był zaangażowany politycznie. To po prostu wybitny naukowiec uwikłany we współpracę z SB. A więc jaki jest interes społeczny, by ujawniać jego przeszłość?

Jeśli Dziennik ma rację, Wolszczan traktował swoją agenturalną działalność jako upierdliwą konieczność. Na 48 rozmów, być może w jednej (co też jest dyskusyjne) dopuścił się dość brzydkiego donosu. Podczas działalności w "Solidarności" zachowywał sie lojalnie wobec związku.

Więc co nam daje wiedza o jego tajemnicy? Po co nam ją z wielką pompą ogłoszono? Dla newsa rzecz jasna. Gołego, wypranego z wszelkich moralistycznych nadznaczeń, newsa. Tak jak "Super Express" obwieścił na pierwszej stronie, ile zarabia Rokita, by masy mogły się oburzyc na darmozjada, co za "jakąś pisaninę" zarabia full kasy, tak "Gazeta Polska" napisała o uwikłaniu Wolszczana, żeby masy mogły sobie z gracją splunąć na profesora, że "pacz pan, taki mądruś, bóg wi co, a szpicel".

To już nie jest lustracja. To już nie jest żadne tam ujawnianie przeszłości. To jest tabloid. Zwykły brukowy, obmierzły tabloid. Przeszłość profesora to sprawa między nim, jego rodziną, przyjaciółmi, znajomymi. To nie jest sprawa publiczna. No ale redaktor Sakiewicz postanowił to olać i dać swoim czytelnikom prawdziwy hit. Brawo... To może jeszcze jakaś naga panna na ostatniej stronie, panie redaktorze? No, oczywiście nie całkiem naga, bo przepasana biało czerwoną szarfą z napisem "Bóg, Honor, Ojczyzna". Obowiązkowo.

Zostaliśmy niepostrzeżenie pasażerami wielkiego historyczno medialnego rollercoastera. Nie możemy juz krzyknąć, że domagamy się niuansów. Jedziemy z oszałamiającą prędkością, a kolejka zatrzyma się dopiero wtedy, gdy wszyscy sie ostatecznie porzygamy.

Choć mimo wszystko niech archiwa zostaną otwarte, bo z dwojga złego lepszy jest chyba rollercoaster, niż nieustanna beczka śmiechu. Tylko przestańmy już udawać, że poruszamy się w obrębie dyskursu historycznego, bądź politycznego. Wczoraj granica została przekroczona.

Wkroczyliśmy do wesołego miasteczka. Tematyczny Park Rozrywki "Lustracja" zaprasza.

 

06:56, czerwoneiczarne , cymbergaj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 września 2008

Pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiły się informacje, że sztab Baracka Obamy od dziś ma przejść do kontrnatarcia. I oto padła pierwsza salwa tego ataku. W nowym klipie wyborczym Demokraci pytają: Co się stało z Johnem McCainem? I zarzucają mu m. in. prowadzenie nieuczciwej kampanii wyborczej.

Rano pisałem tutaj o wypowiedzi Karla Rove, byłego doradcy Georga W. Busha, który stwierdził w niedzielę, że John McCain posuwa się za daleko w krytykowaniu Obamy. Cóż, Demokraci rzucili krótkie "dzięki, Karl" i z ochotą podążyli drogą wskazaną przez prominentnego republikańskiego stratega. Oto klip:

Barack Obama zaczyna ostro walczyć. I najwyższy czas, bo jego otoczenie  zdradza już wyraźne objawy paniki. Dziś na swoim blogu Andy Ostroy, dość znany analityk związany z Demokratami, w kuriozalnym, moim zdaniem, tekście wezwał, by Joe Bidena zastąpić w trybie natychmiastowym Hillary Clinton. Obamie należy życzyć, by krąg jego najbliższych doradców zachował więcej zimnej krwi.

15:45, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »

Ponownie notka o kampanii wyborczej w USA, ale to co się tam dzieje bywa nader zajmujące. Oto Karl Rove, człowiek znany jeszcze do niedawna jako "mózg Busha", znalazł się wczoraj na ustach polityków i analityków związanych z Partią Demokratyczną.

Sam fakt, że pan Rove gra główną rolę w wystąpieniach Demokratów nie jest jeszcze, rzezcz jasna, niczym nadzwyczajnym. Zdążyliśmy się już przecież przyzwyczaić, że nasz bohater odtwarza w nich często postać szubrawcy, ohydnego kłamcy czy człowieka od mokrej roboty. I kto pamięta akcję "The Swift Boat Veterans for Truth", ten musi przyznać, że klucz obsadowy, według którego przeciwnicy polityczni obsadzali Karla w swoich pełnych emocji speechach, był bardzo trafny.

Choć trzeba przyznać, że Rove niszczył adwersarzy swych pryncypałów inteligentnie, a nawet ze szczyptą, powiedzmy, wyrafinowanej perwersji. No i był do bólu skuteczny: George W. Bush zawdzięcza mu wszak swoją drugą kadencję.

Natomiast rzeczą zaskakującą, a wręcz sensacyjną jest fakt, że Karl Rove - uwaga, uwaga, ding, dang, dong - pojawił się w niedzielnych wypowiedziach Demokratów w pozytywnym kontekście: jako ekspert od batalii wyborczych, który ostatecznie zdziera maskę hipokryzji z kampanii Johna McCaina. A wszystko przez tę wypowiedź:

"Jeśli Karl Rove mówi ci, że twoje spoty wyborcze idą za daleko, to znaczy, że musisz robić juz coś naprawdę podłego" - ekscytuja się lewicowi bloggerzy. Oczywiście sztab Baracka Obamy także nie mógł przepuścić takiej okazji (bo, co prawda, Rove mówił o obu stronach konfliktu, ale prawdziwie politycznie znaczące były zdania o kandydacie Republikanów): "Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy John McCain prowadzi najbardziej obmierzłą i nieuczciwą kampanię w historii, to dziś Karl Rove - człowiek, który ustanowił wszelkie poprzednie rekordy w tej dyscyplinie - stwierdził, że reklamy McCaina posuwają się o wiele za daleko" napisał z satysfakcją w specjalnym, rozsyłanym e-mailem, oświadczeniu rzecznik kampanii demokratycznego kandydata.

Żeby było zabawniej, to informacja o tym, że Karl Rove wpędził Johna McCaina w kłopoty tak naprawdę nie jest niczym zaskakującym. Obaj panowie bowiem, mówiąc delikatnie, nie przepadają za sobą.

"Potępiam tę kampanię. Jest nieuczciwa, niehonorowa i bardzo zła" - powiedział cztery lata temu nie kto inny jak John McCain odnosząc się do wymyślonej przez Rove'a kampanii dyskredytującej wojenne bohaterstwo Johna Kerry.

Czy to nie ekscytujące, jak role w polityce potrafią się odwrócić?

03:43, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 września 2008

Sarah Palin po raz pierwszy w tej kampanii wyborczej przemówiła bez pomocy promptera. Dała wywiad stacji ABC News i od razu zebrała potężne baty od lewicowej blogosfery. Czy podobne cięgi zbierze od mainstreamowych mediów? Trudno powiedzieć, choć trzeba przyznać, że gubernator Palin przepytywana ostro i beznamietnie przez Charliego Gibsona nie wygląda zbyt pewnie, nie czuje się zbyt pewnie i, co najważniejsze, odsłania swój brak wiedzy na temat świata i polityki międzynarodowej.

Nie wie na przykład co to jest "doktryna Busha":

 


 

Pytana o kwestie bezpieczeństwa narodowego USA, odpowiada powtarzanymi wciąż formułkami o niezależności energetycznej. Trochę to mrozi krew w żyłach:

 


 

Nie wiem jak wy ale ja jestem dość przerażony scenariuszem,według którego McCain wygrywa wybory, po dwóch latach dostaje zawału serca (sorry John) i miss Sarah, osoba z niezachwianą pewnością siebie, obejmuje władzę nad przyciskiem zdolnym wysadzić świat w powietrze. Jakby to się nazywało? The Hockey War? Proszę Państwa, gol padł w końcówce trzeciej tercji, nuklearny krążek zatrzymał się w obok lewego słupka, nie można już kwestionować prawidłowości strzelenia bramki u sędziego. Sędzia wyparował.

Matt Damon też jest nieco, hm, zaniepokojony taką ewentualnością:

 

 

Update. Bardzo ciekawy tekst Johna Nicholsa z The Nation, czyli pisma bliskiego lewemu skrzydłu Demokratów. Nichols przestrzega przed wyolbrzymianiem drobnych, jego zdaniem, wpadek gubernator Palin. Według niego republikańska kandydatka na wiceprezydenta poradzła sobie całkiem nieźle w wywiadzie dla ABC. A przynajmniej "wystarczająco". Czyli na tyle dobrze, by nie zrobić z siebie Dana Quayla. Nichols wzywa, by demokraci porzucili mrzonki o tym, że gwiazda Palin w toku kampanii będzie gasła. "Ona będzie coraz lepsza, coraz silniejsza" - twierdzi publicysta The Nation.

02:44, czerwoneiczarne , benzoesan sodu
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

hkh

Enter your email address:

Delivered by FeedBurner